Goście tłumnie przylgnęli do stołów. Zanurzeni w świecie cyfr. Świecie, do którego Urlett nie miała zamiaru się udawać. Jej umysł był jak lepka pajęczyna, przyklejało się do niego wszystko, każdy przelatujący obok pył. I wtedy robiło się ciężko, nieprzyjemnie, migrena odbierała chęci do czegokolwiek poza spoczynkiem w zaciszu własnej sypialni. A przecież po coś tu przyszła.
Celine przedstawiła ją swej rodzinie. Wartościowe znajomości. Niestety, na chwilę obecną nie miała żadnej potencjalnej ofiary w zasięgu. Wszyscy mężczyźni namiętnie obejmowali żetony w swoich dłoniach.
Czy na pewno?
W którymś momencie znajoma sylwetka przeszła na balkon. Niedoszła potencjalna ofiara, której Urlett poznała zaledwie imię. Ruszyła mu do towarzystwa, okazja nie mogła się zmarnować.
— Dobrze pan zapamiętał — odpowiedziała z uśmiechem. Za papierosa podziękowała. Unikała wszelkich szkodliwych czynników w swoim organiźmie.
— Na konwersację — odpowiedziała na jego kolejne pytanie. — Dla mnie to wystarczająca rozrywka. Zabawy z liczbami i losem mam w pracy, zaś towarzyszy rozmów — niekoniecznie. Ale widzę, że pana to bawi, prawda? Szybko pan zasiadł do kart, nasza rozmowa zakończyła się, nim miała jakąkolwiek szansę się rozpocząć.
Słowa te z łatwością mogły być obleczone w flirt, i chociaż taki Urlett miała zamiar, jej charyzma była w stanie nadać głosowi jedynie przyjazny wydźwięk. Ale zazwyczaj to nie przeszkadzało. Wraz z rozwojem rozmowy, jej pajęczyna plotła się mimo tego.