19.07.2024, 05:28 ✶
Zatrzymał się na moment, kiedy wspomniała o jaskini, podążając spojrzeniem za jej gestem. Zmrużył oczy, przyglądając się przez moment ciemnej dziurze, która zionęła nad linią piasku i była absolutnie niezachęcająca do spędzania w niej czasu. Pewnie gdyby znajdowali się bliżej, albo w ogóle zaszli do środka, to teraz stanąłby, podparty pod boki, oceniając z poważną miną całą konstrukcję, jakby właśnie zabierał się za kupowanie ważnej nieruchomości.
- Nie jestem pewny czy są to humanitarne warunki. Nawet resztki z grilla tego nie zmienią - stwierdził wreszcie, spoglądając na nią z udawaną dezaprobatą. - Ale gdybym dostał chociaż jakiś koc... - pokręcił głową w jedną i drugą stronę, wyraźnie rozważając że może to poprawiłoby mu nieco komfort niedoli, na którą najwyraźniej chciano go skazać. - Albo towarzystwo - zawyrokował wreszcie, w końcu przywołując na twarz charakterystyczny, szelmowski uśmieszek.
To był przyjemny wieczór i nie chodziło tylko o fakt, że Bulstrode z pewnym zdziwieniem odkrywał jak dobrze można było się bawić, kiedy nikt nie miał na sobie garnituru czy nie biegał po jakiejś wielkiej i równie starej posiadłości jakiegoś czystokrwistego czarodzieja. Niby nie było to nic odkrywczego, ale tak jak za dzieciaka przepadał za wypadami w plener, głównie dlatego że błonia były najczęstszym miejscem wypadowym, to z biegiem czasu swobodne picie piwka w cieniu drzew zostało zastąpione wieczorami w kasynach. Pogoda też sprzyjała, nawet jeśli sierpień okazywał się nieco kapryśny w swojej duszności i widzącej w powietrzu wilgoci, która spadała co parę dni deszczem na londyńskie ulice. Piasek był ciepły, a idące od strony morza powietrze przyjemnie chłodziło i orzeźwiało.
- Te lampiony, to całkiem miły akcent - zauważył, wskazując kciukiem za siebie, w kierunki migoczących światełek nad daleko zostawioną w tyle zabawą. - Przypominają mi trochę te świeczki, które unosiły się pod sufitem w Wielkiej Sali - wsunął zaraz dłonie do kieszeni spodni, z wolna podążając dalej wzdłuż plaży. Czuł się trochę... dziwnie? Szczególnie kiedy nagle uderzyła go świadomość, że faktycznie wreszcie byli sami. Wcześniej zawsze ktoś znajdował się obok. Do kogoś musiała biec, Cameron złamał sobie rękę, trzeba było się nim zająć, potem znowu coś i kolejna rzecz... Nie miał o to pretensji, ale jakoś ten stan rzeczy wydawał mu się o wiele bardziej naturalny niż otaczająca ich cisza. Nie, nie chodziło o ciszę. O spokój.
Umiał przecież mówić, kiedy brakowało tematów. Wystarczyło zacząć najgłupszą możliwą dyskusję, a potem to już jakoś leciało z górki. Zawsze można było się też pobić, ale to akurat odpadało z listy atrakcji w tym momencie. Idąc z panną w odosobnione miejsce zawsze można było ją też jakoś perfidnie zbajerować, ale - nie sądził, że kiedykolwiek przejdzie mu to przez głowę - czy on w ogóle chciał ją podrywać? Albo raczej czy wszystko co miał wrażenie, że do niej czuł, nie było tylko jakimiś resztkami, które pozostawił za sobą rytuał, a które jeszcze nie wywietrzały?
Szkoda, że spojrzenie na siebie samego trzecim okiem, niewiele tutaj dawało.
- Przepraszam jeszcze raz za tego Lupina. Jakbym wiedział, ze nie potrafi latać na miotle, to bym go nie wywoływał do tablicy - było to oczywiście kłamstwo, ale może wtedy narzuciłby chociaż mniejszy pułap. Albo wyznaczył trasę nad samą wodą.
- Nie jestem pewny czy są to humanitarne warunki. Nawet resztki z grilla tego nie zmienią - stwierdził wreszcie, spoglądając na nią z udawaną dezaprobatą. - Ale gdybym dostał chociaż jakiś koc... - pokręcił głową w jedną i drugą stronę, wyraźnie rozważając że może to poprawiłoby mu nieco komfort niedoli, na którą najwyraźniej chciano go skazać. - Albo towarzystwo - zawyrokował wreszcie, w końcu przywołując na twarz charakterystyczny, szelmowski uśmieszek.
To był przyjemny wieczór i nie chodziło tylko o fakt, że Bulstrode z pewnym zdziwieniem odkrywał jak dobrze można było się bawić, kiedy nikt nie miał na sobie garnituru czy nie biegał po jakiejś wielkiej i równie starej posiadłości jakiegoś czystokrwistego czarodzieja. Niby nie było to nic odkrywczego, ale tak jak za dzieciaka przepadał za wypadami w plener, głównie dlatego że błonia były najczęstszym miejscem wypadowym, to z biegiem czasu swobodne picie piwka w cieniu drzew zostało zastąpione wieczorami w kasynach. Pogoda też sprzyjała, nawet jeśli sierpień okazywał się nieco kapryśny w swojej duszności i widzącej w powietrzu wilgoci, która spadała co parę dni deszczem na londyńskie ulice. Piasek był ciepły, a idące od strony morza powietrze przyjemnie chłodziło i orzeźwiało.
- Te lampiony, to całkiem miły akcent - zauważył, wskazując kciukiem za siebie, w kierunki migoczących światełek nad daleko zostawioną w tyle zabawą. - Przypominają mi trochę te świeczki, które unosiły się pod sufitem w Wielkiej Sali - wsunął zaraz dłonie do kieszeni spodni, z wolna podążając dalej wzdłuż plaży. Czuł się trochę... dziwnie? Szczególnie kiedy nagle uderzyła go świadomość, że faktycznie wreszcie byli sami. Wcześniej zawsze ktoś znajdował się obok. Do kogoś musiała biec, Cameron złamał sobie rękę, trzeba było się nim zająć, potem znowu coś i kolejna rzecz... Nie miał o to pretensji, ale jakoś ten stan rzeczy wydawał mu się o wiele bardziej naturalny niż otaczająca ich cisza. Nie, nie chodziło o ciszę. O spokój.
Umiał przecież mówić, kiedy brakowało tematów. Wystarczyło zacząć najgłupszą możliwą dyskusję, a potem to już jakoś leciało z górki. Zawsze można było się też pobić, ale to akurat odpadało z listy atrakcji w tym momencie. Idąc z panną w odosobnione miejsce zawsze można było ją też jakoś perfidnie zbajerować, ale - nie sądził, że kiedykolwiek przejdzie mu to przez głowę - czy on w ogóle chciał ją podrywać? Albo raczej czy wszystko co miał wrażenie, że do niej czuł, nie było tylko jakimiś resztkami, które pozostawił za sobą rytuał, a które jeszcze nie wywietrzały?
Szkoda, że spojrzenie na siebie samego trzecim okiem, niewiele tutaj dawało.
- Przepraszam jeszcze raz za tego Lupina. Jakbym wiedział, ze nie potrafi latać na miotle, to bym go nie wywoływał do tablicy - było to oczywiście kłamstwo, ale może wtedy narzuciłby chociaż mniejszy pułap. Albo wyznaczył trasę nad samą wodą.