19.07.2024, 08:32 ✶
Charlotte była kobietą łatwo ulegającą własnym kaprysom i jak na naukowca, to poza mrokiem Komnaty Śmierci, rzadko myślącą o konsekwencjach swoich działań, a i do wielu rzeczy podchodziła dość lekko. Nie przywiązywała więc wielkiej wagi do tego, że go pocałowała i zrobiła to bez momentu namysłu, ot pod wpływem chwili, zupełnie się na tym nie zastanawiając. A znikła nie tyleż w ucieczce przed nim – Charlotte naprawdę chyba nigdy w życiu nie była zakłopotana, może poza tym jednym jedynym dniem z młodości, kiedy doprowadziła koleżankę do załamania nerwowego, wcale tego nie planując – ile dlatego że niekoniecznie chciała zostać postrzelona mugolską kulą.
Dopiero gdy Jonathan Selwyn też się teleportował i znów ją pocałował, przeszło jej tam gdzieś przez myśl, że może narobiła trochę kłopotów – tak jak wtedy, kiedy tamta biedna dziewczynka płakała i powtarzała, że chce umrzeć. To znaczy teraz Charlotte wcale nie chciała umrzeć, i Jonathan też tego chyba nie planował (inaczej pewnie zostałby w tym wozie, że już lepiej umierać niż znowu z nią się spotkać), ale to był jej przyjaciel. Jak na większość ludzi (no dobrze, może właściwie wszystkich ludzi, z wyjątkami, które mogłaby policzyć na palcach) mogła mieć absolutnie wyrąbane, i nie przejęłaby się całowaniem nikogo innego – premiera, kelnera, mafioza, ministra magii albo sklepikarza – o tyle na niego nie.
Ponieważ jednak dobry pocałunek należy doceniać, Charlotte postanowiła postąpić tutaj jak Scarlett, i pomartwić się tym jutro, a teraz po prostu sięgnęła dłonią do jego karku i też go pocałowała. I gdy się odsunęła wreszcie, omal się nie roześmiała, na nagłą myśl, że och: gdyby teraz widziała ich jej matka!
– Bardzo miła randka – oświadczyła, cofając rękę. – A teraz musimy się chyba szybko spakować, zanim przyjdą nas zabić. Nie ma mowy, żebym zostawiła tutaj moją ulubioną sukienkę od Rosierów.
Dopiero gdy Jonathan Selwyn też się teleportował i znów ją pocałował, przeszło jej tam gdzieś przez myśl, że może narobiła trochę kłopotów – tak jak wtedy, kiedy tamta biedna dziewczynka płakała i powtarzała, że chce umrzeć. To znaczy teraz Charlotte wcale nie chciała umrzeć, i Jonathan też tego chyba nie planował (inaczej pewnie zostałby w tym wozie, że już lepiej umierać niż znowu z nią się spotkać), ale to był jej przyjaciel. Jak na większość ludzi (no dobrze, może właściwie wszystkich ludzi, z wyjątkami, które mogłaby policzyć na palcach) mogła mieć absolutnie wyrąbane, i nie przejęłaby się całowaniem nikogo innego – premiera, kelnera, mafioza, ministra magii albo sklepikarza – o tyle na niego nie.
Ponieważ jednak dobry pocałunek należy doceniać, Charlotte postanowiła postąpić tutaj jak Scarlett, i pomartwić się tym jutro, a teraz po prostu sięgnęła dłonią do jego karku i też go pocałowała. I gdy się odsunęła wreszcie, omal się nie roześmiała, na nagłą myśl, że och: gdyby teraz widziała ich jej matka!
– Bardzo miła randka – oświadczyła, cofając rękę. – A teraz musimy się chyba szybko spakować, zanim przyjdą nas zabić. Nie ma mowy, żebym zostawiła tutaj moją ulubioną sukienkę od Rosierów.