09.01.2023, 17:13 ✶
Mackenzie nie zdążyła odejść daleko. Krzyk „ej ty” należał do trudnych do przegapienia. Greengrass obróciła się gwałtownie w stronę, z której dobiegał. Nie była pewna, czego się spodziewać. Napotkanie człowieka na mrocznych bagnach zapewne niejedna zagubiona osoba przyjęłaby z ulgą. Kenzie jednak… po pierwsze przyszło jej do głowy, że nigdy nie przykładała się do ONMS ani OPCM i być jakiś demon albo inne, bagienne stworzenie, mogło podszywać się pod człowieka.
Po drugie, kto wie, może nie trafiła tu bez powodów, a ktoś bawił się jakąś dziwną magią?
W dodatku sylwetka, która wyłoniła się z mroku, była olbrzymia. A przynajmniej taka wydawała się Greengrass przez chwilę, kiedy jeszcze tylko majaczyła pośród mlecznych oporów.
Mackenzie nie należała do niziołków, nie była jednak bardzo wysoka - i nie traktowała tego jako wady, na miotle niższy wzrost pozwalał jej na bycie szybszą. Yaxley przerastała więc ją o półtorej głowy. Nawet gdy Geraldine znalazła się dość blisko, by Mackenzie mogła zobaczyć twarz i przekonać się, że prawdopodobnie nie ma do czynienia z żadnym potworem, pozostała podejrzliwa. Kenzie nie miała szans rozpoznać panny Yaxley z prostych powodów: ta była od niej dużo starsza, a Mackenzie nie obracała się w towarzystwie rodów czystej krwi.
Stała przez chwilę w milczeniu, obserwując kobietę. Geraldine miała przed sobą jasnooką, piegowatą blondynkę, kilka lat od siebie młodszą, w starym płaszczu. Na szyję miała narzucony czarny szalik, z białą podobizną sroki: emblemat Srok z Montrose.
- Kim jesteś? – spytała. Omal odruchowo nie sięgnęła po różdżkę, ale przypomniała sobie, że ta jest bezużyteczna. Lepiej było mieć wolne ręce.
Po drugie, kto wie, może nie trafiła tu bez powodów, a ktoś bawił się jakąś dziwną magią?
W dodatku sylwetka, która wyłoniła się z mroku, była olbrzymia. A przynajmniej taka wydawała się Greengrass przez chwilę, kiedy jeszcze tylko majaczyła pośród mlecznych oporów.
Mackenzie nie należała do niziołków, nie była jednak bardzo wysoka - i nie traktowała tego jako wady, na miotle niższy wzrost pozwalał jej na bycie szybszą. Yaxley przerastała więc ją o półtorej głowy. Nawet gdy Geraldine znalazła się dość blisko, by Mackenzie mogła zobaczyć twarz i przekonać się, że prawdopodobnie nie ma do czynienia z żadnym potworem, pozostała podejrzliwa. Kenzie nie miała szans rozpoznać panny Yaxley z prostych powodów: ta była od niej dużo starsza, a Mackenzie nie obracała się w towarzystwie rodów czystej krwi.
Stała przez chwilę w milczeniu, obserwując kobietę. Geraldine miała przed sobą jasnooką, piegowatą blondynkę, kilka lat od siebie młodszą, w starym płaszczu. Na szyję miała narzucony czarny szalik, z białą podobizną sroki: emblemat Srok z Montrose.
- Kim jesteś? – spytała. Omal odruchowo nie sięgnęła po różdżkę, ale przypomniała sobie, że ta jest bezużyteczna. Lepiej było mieć wolne ręce.