09.01.2023, 17:37 ✶
Patrol zapowiadał się na spokojny. Nudny można by wręcz powiedzieć, a raczej może powiedziałby tak ktoś inny – sama Brenna nudziła się rzadko, a odkąd awansowała parę lat temu na Detektywa, patrole w terenie stanowiły miłą odmianę po morzu raportów, które zdawały się nigdy nie kończyć.
No ale właśnie.
„Zapowiadał się”.
Najpierw Brenna i młody stażysta, którego „wyprowadzała na spacer”, jak to ujął jeden ze starszych pracowników, wpychając go dosłownie na dziś pod jej opiekę, minęli czarodzieja, który krzyknął coś o tym, że ścigają po pufki pigmejskie, a potem się aportował. Brenna nawet rozejrzała się w uliczce, z której wybiegł, ale nie dostrzegła tam choćby jednego pufka. Ani niczego innego. Była tylko starsza pani, właśnie wchodząca do swojego domu. Potem jakaś kobieta, o nieprzytomnym spojrzeniu i panice wypisanej na twarzy, spytała ich o drogę do kamienicy numer pięć przy Pokątnej. Brenna przyjęła to z pewnym zdumieniem, bo dokładnie przed tą kamienicą stali, a kiedy odstawiła dziewczynę pod same drzwi (co wymagało przejścia razem trzech kroków), ta bardzo wylewnie podziękowała, tłumacząc, że nie mogła trafić do domu. Brygadzistka na wszelki wypadek poczekała aż drzwi się otworzyły: na szczęście okazało się, że na progu stał mąż kobiety.
To jeszcze nie było aż takie dziwne. Kiedy jednak ledwo minutę później obok przebiegł młody czarodziej, wykrzykując coś o tym, że ściany na niego napierają i próbując rękami osłaniać głowę, a potem uszu Brenny dobiegł czyjś szloch, Longbottom utwierdziła się w przekonaniu, że coś tutaj jednak nie gra.
- Leć za nim, spróbuj zawołać, czy wszystko jest w porządku, jeśli go nie dogonisz, aportuj się do biura i ściągnij tu kogoś na pomoc – zakomenderowała. Jedna osoba mogła być przypadkowym wariatem, dwie dziwnym zbiegiem okoliczności, ale trzy czy cztery? Działo się tutaj coś niedobrego. Wciągnęła nawet głęboko powietrze, czy nie wyczuje jakiegoś podejrzanego zapachu, a potem rozejrzała się po najbliższej okolicy. Wszystko jednak było prawie normalnie.
Poza tym płaczem.
Jeżeli na tych ludzi rzucono jakieś zaklęcie, nawąchali się jakichś oparów alchemicznych albo zjedli coś dziwnego, co doprawiono jakimiś halucynogennymi substancjami, Brygadzistka nie była w stanie wyśledzić tego źródła.
Posławszy Sadwica za mężczyzną, na którego napierały ściany, sama zacisnęła palce na różdżce, a potem ruszyła ku ciemnej alejce, z której dobiegał szloch. To zadanie wybrała dla siebie, bo obawiała się, że mogło dziać się tam coś, co będzie wymagało użycia magii. Nie była pewna, czego się spodziewała – kogoś, kto padł ofiarą zbiorowego szaleństwa, ofiary jakiejś napaści, czarodzieja, który akurat postanowił się poznęcać nad jakimś charłakiem, genialnie robiąc to całkiem blisko głównej alei? Na pewno nie znajomej postaci, skulonej pod murem. (Choć sam fakt, że był to ktoś, kogo znała, aż tak Brenny nie szokował: kojarzyła w końcu większość osób mieszkających czy często pojawiających się na Pokątnej.)
- Regina Rowle? – powiedziała głośno i wyraźnie, na razie nie zbliżając się do kobiety. Spojrzała ponad jej głową, w ciemność uliczki, szukając, czy kogoś tam nie dojrzy. Różdżka w jej ręku rozbłysła, kiedy użyła lumos. Dopiero potem ostrożnie zmniejszyła odległość między nimi do paru metrów. Nie była pewna, w jakim stanie ta się znajduje, a ludzie w szoku mogli różnie reagować. – Przepraszam? Czy mogę jakoś pomóc? Jesteś ranna? Mam wezwać uzdrowiciela?
No ale właśnie.
„Zapowiadał się”.
Najpierw Brenna i młody stażysta, którego „wyprowadzała na spacer”, jak to ujął jeden ze starszych pracowników, wpychając go dosłownie na dziś pod jej opiekę, minęli czarodzieja, który krzyknął coś o tym, że ścigają po pufki pigmejskie, a potem się aportował. Brenna nawet rozejrzała się w uliczce, z której wybiegł, ale nie dostrzegła tam choćby jednego pufka. Ani niczego innego. Była tylko starsza pani, właśnie wchodząca do swojego domu. Potem jakaś kobieta, o nieprzytomnym spojrzeniu i panice wypisanej na twarzy, spytała ich o drogę do kamienicy numer pięć przy Pokątnej. Brenna przyjęła to z pewnym zdumieniem, bo dokładnie przed tą kamienicą stali, a kiedy odstawiła dziewczynę pod same drzwi (co wymagało przejścia razem trzech kroków), ta bardzo wylewnie podziękowała, tłumacząc, że nie mogła trafić do domu. Brygadzistka na wszelki wypadek poczekała aż drzwi się otworzyły: na szczęście okazało się, że na progu stał mąż kobiety.
To jeszcze nie było aż takie dziwne. Kiedy jednak ledwo minutę później obok przebiegł młody czarodziej, wykrzykując coś o tym, że ściany na niego napierają i próbując rękami osłaniać głowę, a potem uszu Brenny dobiegł czyjś szloch, Longbottom utwierdziła się w przekonaniu, że coś tutaj jednak nie gra.
- Leć za nim, spróbuj zawołać, czy wszystko jest w porządku, jeśli go nie dogonisz, aportuj się do biura i ściągnij tu kogoś na pomoc – zakomenderowała. Jedna osoba mogła być przypadkowym wariatem, dwie dziwnym zbiegiem okoliczności, ale trzy czy cztery? Działo się tutaj coś niedobrego. Wciągnęła nawet głęboko powietrze, czy nie wyczuje jakiegoś podejrzanego zapachu, a potem rozejrzała się po najbliższej okolicy. Wszystko jednak było prawie normalnie.
Poza tym płaczem.
Jeżeli na tych ludzi rzucono jakieś zaklęcie, nawąchali się jakichś oparów alchemicznych albo zjedli coś dziwnego, co doprawiono jakimiś halucynogennymi substancjami, Brygadzistka nie była w stanie wyśledzić tego źródła.
Posławszy Sadwica za mężczyzną, na którego napierały ściany, sama zacisnęła palce na różdżce, a potem ruszyła ku ciemnej alejce, z której dobiegał szloch. To zadanie wybrała dla siebie, bo obawiała się, że mogło dziać się tam coś, co będzie wymagało użycia magii. Nie była pewna, czego się spodziewała – kogoś, kto padł ofiarą zbiorowego szaleństwa, ofiary jakiejś napaści, czarodzieja, który akurat postanowił się poznęcać nad jakimś charłakiem, genialnie robiąc to całkiem blisko głównej alei? Na pewno nie znajomej postaci, skulonej pod murem. (Choć sam fakt, że był to ktoś, kogo znała, aż tak Brenny nie szokował: kojarzyła w końcu większość osób mieszkających czy często pojawiających się na Pokątnej.)
- Regina Rowle? – powiedziała głośno i wyraźnie, na razie nie zbliżając się do kobiety. Spojrzała ponad jej głową, w ciemność uliczki, szukając, czy kogoś tam nie dojrzy. Różdżka w jej ręku rozbłysła, kiedy użyła lumos. Dopiero potem ostrożnie zmniejszyła odległość między nimi do paru metrów. Nie była pewna, w jakim stanie ta się znajduje, a ludzie w szoku mogli różnie reagować. – Przepraszam? Czy mogę jakoś pomóc? Jesteś ranna? Mam wezwać uzdrowiciela?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.