19.07.2024, 21:38 ✶
Zmarszczył brwi, przez moment wyraźnie zastanawiając się, kim do cholery był Issac i który to był, w tym całym tłumie osób, które przewinęły się dzisiejszego dnia przez plażę, ale w końcu jego twarz rozjaśniła się, kiedy dopasował wygląd do imienia. Zaraz jednak znowu się skrzywił. Bagshot wydawał się trochę, ale tylko trochę, Brenną w męskim wydaniu, przynajmniej jeśli chodziło o ten jeden aspekt, czyli gadanie. Co nie wyłapał go gdzieś kątem oka to ten coś tam sobie gadał i gadał, nie mówiąc już o tym jak energiczny się w tym wszystkim wydawał. Więc Longbottom chyba miała rację - gdyby ich dwoje zamknąć tutaj w tej jaskini, to nad ranem pewnie wyszedłby tylko jeden.
Fakt, młodego Lupina nikt do brania w wyścigu nie zmusił, ale w dziwny sposób Atreus zakładał, że ktoś mógł mieć do niego o to pretensje. To był odruch, bo nie raz przecież słyszał, że powinien być mądrzejszy. Że specjalnie prowokował innych ludzi i ten drobny zabieg sprowadzał go do pozycji winnego całego zajścia. Całe szczęście, że mieli tutaj pod ręką medyka i to nawet nie jednego. I również całe szczęście, że w gotowości był Basilius, bo Florence poszła sobie na spacer z Patrickiem. Przecież gdyby to ona musiałaby interweniować, to pewnie Cameron dokonałby żywota, dobity jej wymownym, oceniającym spojrzeniem.
- Eh, a mogłem je ze sobą zabrać. Może ktoś by skorzystał - prychnął, wyraźnie rozbawiony. Nie ważne jak próbował, to wciąż miał trochę tych świeczek i powoli zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że były przeklęte i nigdy ich się nie pozbędzie. Zapalić ich przecież nie mógł. Po pierwsze, miał zakaz, a po drugie, Mulciber podobno coś do nich dodał i zwyczajnie nie chciał przekonywać się na własnej skórze, co dokładnie. - O co w ogóle z nimi chodzi. Z Wood i Lupinem. Chodzą ze sobą, czy dopiero ją podrywa, że aż tak się garnie do zaimponowania jej? - nie żeby go to jakkolwiek interesowało, ale skoro już przy tym byli, to już mógł uderzyć pytaniem w tę stronę.
Szybko jednak rozproszył się, nie patrząc już przed siebie czy na Brennę, a odwracając twarz w kierunku ciemności, która gęstniała tam gdzie słabiej docierały promienie przekwitającego księżyca.
- Słyszysz? - zmarszczył brwi, bo przez chwilę zwyczajnie miał wrażenie, że może dopadły go jakieś omamy słuchowe. Ktoś szarpał za struny, snując z wolna melodię, ale ciężko było mu zlokalizować źródło płynącej w ich stronę piosenki. A potem ciemność rozrosła się, kiedy ciążące powieki zamknęły się wreszcie, i połknęła ich w całości.
Atreus miał nóż na gardle.
Na całe szczęście nie w dosłowny sensie, ale i tak było ciężko. Aktualna sytuacja wcale nie prezentowała się w nadmiernie kolorowych barwach, kiedy dłonią pocierał w zastanowieniu gładko ogolony policzek, jakby sprawdzając któryś to już raz jakość roboty balwierza. Kiedy mężczyzna go golił, odnosił wrażenie że ten znęca się nad nim celowo, wybierając najtępszy nóż ze swoich narzędzi, a może postanowił zwyczajnie naostrzyć go na krzywiznach jego własnej twarzy.
Teraz przyglądał się z zastanowieniem zastawionym bogato stołom, a dokładniej tym wszystkim sztućcom, które zostały na nich rozłożone. Nigdy nie spodziewał się, że ktoś może mieć takie ilości srebra w szafkach i nie chodziło tu o ilość gości, a o różnorodność narzędzi wymaganych do spożywania posiłków na takiej imprezie. Dlaczego przy tych talerzach leżało po więcej jak jednym nożu? Ile łyżek, przepraszam bardzo, było wymaganych do zjedzenia deserku czy może zup? A widelce? Jaka właściwie była różnica między tymi wszystkimi widelcami?
Hm.
On sam rozróżniał przede wszystkim dwa rodzaje ostrzy; duże i małe. Jedne to były miecze, a drugie to były noże i do tej pory to wszystko było wszystko, co było mu do szczęścia potrzebne. Jednymi siekał ludzi, a drugimi odkrajał sobie chleba albo sera w jakiejś podrzędnej karczmie.
Ale pieniądz nie wybiera i teraz stojący obok niego Kasztelan upomniał go po raz kolejny, równie dyskretnie co z pewnym zniechęceniem, jakby co skazano na te interakcję, żeby pamiętał swoje na prędce wymyślone mu imię i doklejony do wamsu herb. Miał udawać jednego z tych nadętych, dobrze urodzonych mężczyzn, którzy powoli zbierali się w sali z żonami, czekając na rozpoczęcie balu.
- Na niebieskawofioletowym polu w majowym wieńcu zamknięty płomień. Pamiętaj. Ktoś z gości może mieć hyzia na punkcie heraldyki, to się często zdarza.