19.07.2024, 23:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2024, 08:04 przez Brenna Longbottom.)
– Obawiam się, że mogłyby wzbudzić zainteresowanie kilku osób. Jeszcze bardziej boję się, że w kolejce chętnych pewnie na samym czele stanęliby moi wujowie.
Morpheus, Jonathan i Woody mogliby być całkiem zaintrygowani takim wyrobem rzemiosła świeczkowego. Sama Brenna uważała pomysł młodego Mulcibera za dość zabawny i raczej nieszkodliwy, ale też podejrzewała, że ściągnie mu on na głowę całkiem sporo kłopotów.
– Heather i Cameron? Oświadczył się na początku sierpnia. Sądząc po tym, jak to wszystko u nich się działo, ja się nie zdziwię, jak pewnego dnia ni z tego ni z owego Heather pojawi się w pracy z obrączką na palcu – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie, bo chociaż ten upadek z miotły napędził jej trochę stracha, i miała odrobinę wyrzutów sumienia, że dzieciak zrobił sobie krzywdę na tej zabawie, to ogólnie rzecz biorąc… cieszyła się, że oni byli szczęśliwi. – Hm… Thomas ma gitarę, ale to nie brzmi jak jego głos… – mruknęła, obracając się w tamtą stronę. Okolicę zabezpieczono zaklęciami przecież: próbowała dojrzeć, czy tam, skąd dobiega głos, właśnie się one kończyły, ale słowa pieśni dobiegły do jej uszu, a chwilę później ciemność zgęstniała, jakby ktoś zgasił gwiazdy i księżyc.
*
Stół był ogromny, prostokątny, mógł pomieścić i kilkadziesiąt chłopa. W jego szczycie miejsce zajmowała królowa, siedząca na tronie z wysokim oparciem. Po jej lewicy, wbrew zwyczajom praktykowanym przez innych władców, sadzających u swego boku tych najbardziej znamienitych gości, zasiadał bard Jaskier, znany jak kraina długa i szeroka, ze słowiczego śpiewu, i z tego, że ponoć nawet kamień zapłacze, gdy ten zagra na swej lutni jedną ze swych smutniejszych pieśni, i który dziś miał przygrywać bawiącym się. Po prawicy znalazł się – już ze zwyczajem trochę bardziej zgodnie ze zwyczajem – Albus, mędrzec i uczony lub dziwak i szaleniec, w zależności od tego, kogo by spytać.
Goście schodzili się dopiero, jeden po drugim, gromko zapowiadani przez herolda. Byli tutaj i królewski astrolog Morpheus, i ulubiony rycerz królowej Orion, i nadworny medyk Basilius, brat Brenny sir Erik, uważany za najpiękniejszego mężczyzną w królestwie, i utytułowani goście spoza królestwa: hrabia Jonathan, lord Anthony (szeroko podejrzewany o bycie wampirem), dzielący z nim imię dziedzic ościennego księstwa Borgiani i władca niewielkiej wysepki Laurent, i wielu, wielu innych. Na stół wystawiano już pierwsze wytwory, które wyszły spod rąk zamkowego kucharza, pana Botta. Nie było za to jeszcze na sali królewny – jak Brenna doskonale wiedziała, bo tak ją zostawiła, dziewczyna siedziała we własnej komnacie, zapatrzona w lustro, raczej nie z zamiłowania do oglądania własnego odbicia, a w niechętnym wyczekiwaniu. Nie było i przeznaczonego jej kawalera, z którym to zaręczyny miały być ogłoszone podczas dzisiejszej uczty (co było pilnie strzeżoną tajemnicą, a więc oczywiście, mówiło o tym całe królestwo). Główne postacie wkraczały jako ostatnie.
Był za to ktoś, kogo Brenna spodziewałaby się zobaczyć wszędzie, ale nie na królewskim balu, bo takich wojowników, pozbawionych tytułów, za to słynących ze swojej wprawy w robieniu mieczem i odporności na magię, z bycia anomalią w świecie, tak jak słynął Bott z potraw, Albus z mądrości, a Jaskier z pieśni, zwykle królowie nie sadzali przy stołach.
Toż to pan na Czterorogu, a w herbie ma wieniec majowy, i płomień w środku, a tło jest fioletowo - błękitne, zapewniał ją pomocnik kasztelana, a ona uśmiechnęła się tylko do niego pięknie, i podziękowała za tak szczegółowe informacje o heraldyce, bo przecież w przeciwieństwie do większości gości doskonale wiedziała, że człowiek ten nie miał nic wspólnego z Czterorogiem, i nie miał też żadnego herbu. I że królowa coś knuła, w dodatku knuła za plecami swojej czarodziejki, może świadoma, że ta czarodziejka bardziej przywiązana jest do zdania Albusa i królewny niż królewskiej woli.
Miała siąść zupełnie gdzieś indziej, ale przywilejem czarodziejek była pewna bezczelność – a przywilejem samej Brenny, że mało kto się z nią wykłócał, gdy postanowiła coś zrobić. Wyprzedziła więc właśnie bezczelnie pewnego lorda, któremu przeznaczono miejsce przy Atreusie, zamiatając podłogę połami szkarłatnej sukni.
– Opiekunka księżniczki, której ród w herbie ma lwa złotego na czerwonym tle, a pod lwem miecz, z rękojeścią z rubinami – wyszeptał kasztelan, zajmujący miejsce z jego drugiej strony, natarczywie, widząc, że zmierza ku nim, jakby właśnie ta heraldyczna informacja była najważniejsza.
– Nie spodziewałabym się, że zaszczyci nas dzisiaj ktoś aż z dalekiego Czterorogu – powiedziała Brenna, odsuwając krzesło. - Co sprowadza do nas tak znamienitego gościa?
Morpheus, Jonathan i Woody mogliby być całkiem zaintrygowani takim wyrobem rzemiosła świeczkowego. Sama Brenna uważała pomysł młodego Mulcibera za dość zabawny i raczej nieszkodliwy, ale też podejrzewała, że ściągnie mu on na głowę całkiem sporo kłopotów.
– Heather i Cameron? Oświadczył się na początku sierpnia. Sądząc po tym, jak to wszystko u nich się działo, ja się nie zdziwię, jak pewnego dnia ni z tego ni z owego Heather pojawi się w pracy z obrączką na palcu – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie, bo chociaż ten upadek z miotły napędził jej trochę stracha, i miała odrobinę wyrzutów sumienia, że dzieciak zrobił sobie krzywdę na tej zabawie, to ogólnie rzecz biorąc… cieszyła się, że oni byli szczęśliwi. – Hm… Thomas ma gitarę, ale to nie brzmi jak jego głos… – mruknęła, obracając się w tamtą stronę. Okolicę zabezpieczono zaklęciami przecież: próbowała dojrzeć, czy tam, skąd dobiega głos, właśnie się one kończyły, ale słowa pieśni dobiegły do jej uszu, a chwilę później ciemność zgęstniała, jakby ktoś zgasił gwiazdy i księżyc.
*
Stół był ogromny, prostokątny, mógł pomieścić i kilkadziesiąt chłopa. W jego szczycie miejsce zajmowała królowa, siedząca na tronie z wysokim oparciem. Po jej lewicy, wbrew zwyczajom praktykowanym przez innych władców, sadzających u swego boku tych najbardziej znamienitych gości, zasiadał bard Jaskier, znany jak kraina długa i szeroka, ze słowiczego śpiewu, i z tego, że ponoć nawet kamień zapłacze, gdy ten zagra na swej lutni jedną ze swych smutniejszych pieśni, i który dziś miał przygrywać bawiącym się. Po prawicy znalazł się – już ze zwyczajem trochę bardziej zgodnie ze zwyczajem – Albus, mędrzec i uczony lub dziwak i szaleniec, w zależności od tego, kogo by spytać.
Goście schodzili się dopiero, jeden po drugim, gromko zapowiadani przez herolda. Byli tutaj i królewski astrolog Morpheus, i ulubiony rycerz królowej Orion, i nadworny medyk Basilius, brat Brenny sir Erik, uważany za najpiękniejszego mężczyzną w królestwie, i utytułowani goście spoza królestwa: hrabia Jonathan, lord Anthony (szeroko podejrzewany o bycie wampirem), dzielący z nim imię dziedzic ościennego księstwa Borgiani i władca niewielkiej wysepki Laurent, i wielu, wielu innych. Na stół wystawiano już pierwsze wytwory, które wyszły spod rąk zamkowego kucharza, pana Botta. Nie było za to jeszcze na sali królewny – jak Brenna doskonale wiedziała, bo tak ją zostawiła, dziewczyna siedziała we własnej komnacie, zapatrzona w lustro, raczej nie z zamiłowania do oglądania własnego odbicia, a w niechętnym wyczekiwaniu. Nie było i przeznaczonego jej kawalera, z którym to zaręczyny miały być ogłoszone podczas dzisiejszej uczty (co było pilnie strzeżoną tajemnicą, a więc oczywiście, mówiło o tym całe królestwo). Główne postacie wkraczały jako ostatnie.
Był za to ktoś, kogo Brenna spodziewałaby się zobaczyć wszędzie, ale nie na królewskim balu, bo takich wojowników, pozbawionych tytułów, za to słynących ze swojej wprawy w robieniu mieczem i odporności na magię, z bycia anomalią w świecie, tak jak słynął Bott z potraw, Albus z mądrości, a Jaskier z pieśni, zwykle królowie nie sadzali przy stołach.
Toż to pan na Czterorogu, a w herbie ma wieniec majowy, i płomień w środku, a tło jest fioletowo - błękitne, zapewniał ją pomocnik kasztelana, a ona uśmiechnęła się tylko do niego pięknie, i podziękowała za tak szczegółowe informacje o heraldyce, bo przecież w przeciwieństwie do większości gości doskonale wiedziała, że człowiek ten nie miał nic wspólnego z Czterorogiem, i nie miał też żadnego herbu. I że królowa coś knuła, w dodatku knuła za plecami swojej czarodziejki, może świadoma, że ta czarodziejka bardziej przywiązana jest do zdania Albusa i królewny niż królewskiej woli.
Miała siąść zupełnie gdzieś indziej, ale przywilejem czarodziejek była pewna bezczelność – a przywilejem samej Brenny, że mało kto się z nią wykłócał, gdy postanowiła coś zrobić. Wyprzedziła więc właśnie bezczelnie pewnego lorda, któremu przeznaczono miejsce przy Atreusie, zamiatając podłogę połami szkarłatnej sukni.
– Opiekunka księżniczki, której ród w herbie ma lwa złotego na czerwonym tle, a pod lwem miecz, z rękojeścią z rubinami – wyszeptał kasztelan, zajmujący miejsce z jego drugiej strony, natarczywie, widząc, że zmierza ku nim, jakby właśnie ta heraldyczna informacja była najważniejsza.
– Nie spodziewałabym się, że zaszczyci nas dzisiaj ktoś aż z dalekiego Czterorogu – powiedziała Brenna, odsuwając krzesło. - Co sprowadza do nas tak znamienitego gościa?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.