09.01.2023, 21:42 ✶
Świetnie. Wprost cudownie. Żadnego uzdrowiciela.
A Brenna, chociaż bardzo się cieszyła, że Castiel wezwał kogokolwiek, skoro najwyraźniej jedna osoba nie miała tu szans sobie poradzić, to niestety, nie była wcale czarodziejem wszechstronnie utalentowanym. Na leczeniu na przykład się nie znała – wszystko, co nie było drobnym skaleczeniem albo siniakiem do usunięcia za pomocą prostego episkey daleko ją przerastało. Potrafiła jednak powiedzieć jedno: człowiek nie powinien tracić tyle krwi. Poświęciła więc trzy sekundy na wycelowanie nie obok wieka, a w rękę Fergusa, szepcąc czar, który założył opaskę powyżej miejsca, gdzie wieko "połykało" rękę.
Zakładanie takiej wcale nie było dla człowieka korzystne. Zwłaszcza, jeśli miała być założona na dłużej niż kilka minut. Ale zdawała się mniejszym problemem niż ewentualnie wykrwawienie. Nie wieszczyła go jednak, nie chcąc ani rozpraszać Flinta, ani denerwować Ollivandera: ot błyskawicznie zrobiła przegląd wszystkich znanych sobie uzdrowicieli, by wybrać kogoś, do kogo pośle wiadomość. Przybycie magomedyka z Munga mogło za wiele zająć.
Mogła wydawać się całkowicie opanowana. Chociaż w istocie wcale taka nie była. Tętno skoczyło jej tak bardzo, że Brennie aż huczało w uszach, serce tłukło się w klatce piersiowej, w ustach czuła nieprzyjemny, metaliczny posmak. Uścisk jednak miała mocny, a dłoń nie drgnęła jej, kiedy poruszała różdżką, szepcąc nad Fergusem kolejne czary, mające spowolnić...
...to coś.
Gdzieś do umysłu Brenny przedarła się myśl, że kiedy to wszystko się skończy, będzie musiała porozmawiać z Castielem na temat bezpieczeństwa i higieny pracy z czarnomagicznymi artefaktami. Najwyraźniej tutaj doszło do pewnych drobniutkich zaniedbań. Ta konkluzja jednak szybko została zepchnięta na bok, gdy najpierw w pudełku coś trzasnęło, potem zaś coś zaczęło... rezonować. Brenna nie mogła wiedzieć, czy to "normalny" objaw (kto wie, co było normalne przy pudełkach, które najwyraźniej lubiły zjadać ludzi), niemniej dźwięki wcale się jej nie podobały. Zareagowała więc odruchowo, jak ktoś, kogo dość często próbowało jeżeli nie zabić, to przynajmniej ogłuszyć albo zaatakować w różny sposób i czasem natykał się na różne, podejrzane przedmioty. Na przykład szczypce od cukru, które nagle próbowały kogoś udusić.
- PROTEGO! – wrzasnęła, machając różdżką. I jednocześnie przesunęła się gwałtownie, wdzierając między Fergusa a wieczko, na tyle, na ile było to możliwe, gdy wciąż tkwiła tam jego dłoń, własną, wolną ręką, przygarniając jego głowę, obracając się tak, by jeżeli to coś wybuchnie, a jej tarcza nie zadziała lub nie zadziała dostatecznie mocno, impet został przyjęty na jej plecy, nie twarz Ollivandera.
Cóż, kompleks bohatera był absolutnie nieuleczalny w rodzinie Longbottomów.
A Brenna, chociaż bardzo się cieszyła, że Castiel wezwał kogokolwiek, skoro najwyraźniej jedna osoba nie miała tu szans sobie poradzić, to niestety, nie była wcale czarodziejem wszechstronnie utalentowanym. Na leczeniu na przykład się nie znała – wszystko, co nie było drobnym skaleczeniem albo siniakiem do usunięcia za pomocą prostego episkey daleko ją przerastało. Potrafiła jednak powiedzieć jedno: człowiek nie powinien tracić tyle krwi. Poświęciła więc trzy sekundy na wycelowanie nie obok wieka, a w rękę Fergusa, szepcąc czar, który założył opaskę powyżej miejsca, gdzie wieko "połykało" rękę.
Zakładanie takiej wcale nie było dla człowieka korzystne. Zwłaszcza, jeśli miała być założona na dłużej niż kilka minut. Ale zdawała się mniejszym problemem niż ewentualnie wykrwawienie. Nie wieszczyła go jednak, nie chcąc ani rozpraszać Flinta, ani denerwować Ollivandera: ot błyskawicznie zrobiła przegląd wszystkich znanych sobie uzdrowicieli, by wybrać kogoś, do kogo pośle wiadomość. Przybycie magomedyka z Munga mogło za wiele zająć.
Mogła wydawać się całkowicie opanowana. Chociaż w istocie wcale taka nie była. Tętno skoczyło jej tak bardzo, że Brennie aż huczało w uszach, serce tłukło się w klatce piersiowej, w ustach czuła nieprzyjemny, metaliczny posmak. Uścisk jednak miała mocny, a dłoń nie drgnęła jej, kiedy poruszała różdżką, szepcąc nad Fergusem kolejne czary, mające spowolnić...
...to coś.
Gdzieś do umysłu Brenny przedarła się myśl, że kiedy to wszystko się skończy, będzie musiała porozmawiać z Castielem na temat bezpieczeństwa i higieny pracy z czarnomagicznymi artefaktami. Najwyraźniej tutaj doszło do pewnych drobniutkich zaniedbań. Ta konkluzja jednak szybko została zepchnięta na bok, gdy najpierw w pudełku coś trzasnęło, potem zaś coś zaczęło... rezonować. Brenna nie mogła wiedzieć, czy to "normalny" objaw (kto wie, co było normalne przy pudełkach, które najwyraźniej lubiły zjadać ludzi), niemniej dźwięki wcale się jej nie podobały. Zareagowała więc odruchowo, jak ktoś, kogo dość często próbowało jeżeli nie zabić, to przynajmniej ogłuszyć albo zaatakować w różny sposób i czasem natykał się na różne, podejrzane przedmioty. Na przykład szczypce od cukru, które nagle próbowały kogoś udusić.
- PROTEGO! – wrzasnęła, machając różdżką. I jednocześnie przesunęła się gwałtownie, wdzierając między Fergusa a wieczko, na tyle, na ile było to możliwe, gdy wciąż tkwiła tam jego dłoń, własną, wolną ręką, przygarniając jego głowę, obracając się tak, by jeżeli to coś wybuchnie, a jej tarcza nie zadziała lub nie zadziała dostatecznie mocno, impet został przyjęty na jej plecy, nie twarz Ollivandera.
Cóż, kompleks bohatera był absolutnie nieuleczalny w rodzinie Longbottomów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.