21.10.2022, 11:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2022, 11:11 przez Brenna Longbottom.)
Brenna, jak każdy człowiek, miewała dni, gdy była zniechęcona, zmęczona, miała ochotę wszystkich zabić albo położyć się spać i nie wstawać aż do kolejnego roku.
To jednak nie był jeden z tych dni. I to mimo tego, że spała mało, bo po pracy zabrała tę pracę właśnie do domu, a potem pół nocy robiła listy dotyczące najnowszej inicjatywy rodzinnej.
Do pomieszczenia wpadła, bo chyba było to najlepsze określenie: Longbottom rzadko poruszała się inaczej niż szybko, zarówno z powodu energiczności, jak i wzrostu, który pozwalał jej stawiać długie kroki. Włosy, ścięte mniej więcej na linii szyi, miała rozczochrane - rzadko kłopotała się ich starannym fryzowaniem, głównie wtedy, gdy czekało ją ważne spotkanie, na twarzy, raczej sympatycznej niż uderzająco pięknej, nie było śladu makijażu. Kolejna rzecz, którą kłopotała się tylko w specjalnych wypadkach, inaczej szkoda było na to czasu. Marynarkę musiała zostawić przy biurku, ale poza tym miała na sobie przepisowe umundurowanie, szarą koszulę, spodnie i ciemne buty, broń Merlinie żadne obcasy, które mogłyby sprawić, że przemieszczenie z punktu A do punktu B zajmie jej milisekundę dłużej. Pod pachą zaś trzymała torbę, z której wystawało coś... co wyglądało jak książeczki dla dzieci? Tak, pierwsze pięć minut przerwy Brenna wykorzystała na szybką teleportację tam i z powrotem, aby odebrać z Esów i Floresów zamówienie. Nie lubiła marnować czasu.
W nozdrza uderzył zapach kawy i dymu papierosowego, dwie wonie, które towarzyszyły stale wszystkim pracownikom Brygady i aurorom, nieważne, czy sami palili i kawę pili, czy nie. Tak znajome, że nos już nie powinien zwracać na nie uwagi, ale Brenna, może przez wilka, tkwiącego gdzieś pod jej skórą, zawsze zwracała na niego uwagę. Po drodze do stolika zgarnęła z szafki pudełko ze swoim jedzeniem.
- Cześć! - oświadczyła radośnie, siadając na przeciwko Zeneidy. Być może brygadzistka zrobiła jej miejsce tylko z grzeczności, ale jeżeli tak postąpiła, to sama była sobie winna i teraz będzie musiała ją znosić. Czego się po Brennie spodziewać przecież musiała wiedzieć, były na jednym roku w Hogwarcie, a potem pracowały w jednym Departamencie na tyle długo, że ciężko byłoby nie odgadnąć.
Zmierzyła ją spojrzeniem. Wychwytywała oznaki, świadczące albo o niewyspaniu, albo o tym, że ten dzień nie był jednym z najlepszych w życiu panny Moody. Nijak jednak tego nie skomentowała. "Wyglądasz okropnie" raczej nie było tym, co Zeneida pragnęłaby usłyszeć, a z kolei pytanie "Ciężka noc?" zdawało się Brennie wybitnie głupie, gdy wszystkie znaki na niebie, ziemi i twarzy przyszłej aurorki wskazywały na to, że i owszem, noc była ciężka.
- Ciasteczko? - spytała zamiast tego, otwierając pudełko. Brenna jadła sporo i chętnie, więc faktycznie, poza sałatką z kurczakiem, podwójną porcją wyraźnie, w jednej przegródce, w drugiej znajdowały się także ciasteczka. - Potrzebuję cukru. I kofeiny, najlepiej dożylnie. Albo wybielacza, tak na mózg. Dostałam do sprawdzenia raport jednego z nowych i to czysta poezja, czyli nic z niego nie rozumiem. Zastanawiam się, jakim cudem wypuszczono go z Hogwartu. Ciekawe, czy moja nowa partnerka będzie umiała pisać, właśnie mi ją przydzielono. A co u ciebie?
To jednak nie był jeden z tych dni. I to mimo tego, że spała mało, bo po pracy zabrała tę pracę właśnie do domu, a potem pół nocy robiła listy dotyczące najnowszej inicjatywy rodzinnej.
Do pomieszczenia wpadła, bo chyba było to najlepsze określenie: Longbottom rzadko poruszała się inaczej niż szybko, zarówno z powodu energiczności, jak i wzrostu, który pozwalał jej stawiać długie kroki. Włosy, ścięte mniej więcej na linii szyi, miała rozczochrane - rzadko kłopotała się ich starannym fryzowaniem, głównie wtedy, gdy czekało ją ważne spotkanie, na twarzy, raczej sympatycznej niż uderzająco pięknej, nie było śladu makijażu. Kolejna rzecz, którą kłopotała się tylko w specjalnych wypadkach, inaczej szkoda było na to czasu. Marynarkę musiała zostawić przy biurku, ale poza tym miała na sobie przepisowe umundurowanie, szarą koszulę, spodnie i ciemne buty, broń Merlinie żadne obcasy, które mogłyby sprawić, że przemieszczenie z punktu A do punktu B zajmie jej milisekundę dłużej. Pod pachą zaś trzymała torbę, z której wystawało coś... co wyglądało jak książeczki dla dzieci? Tak, pierwsze pięć minut przerwy Brenna wykorzystała na szybką teleportację tam i z powrotem, aby odebrać z Esów i Floresów zamówienie. Nie lubiła marnować czasu.
W nozdrza uderzył zapach kawy i dymu papierosowego, dwie wonie, które towarzyszyły stale wszystkim pracownikom Brygady i aurorom, nieważne, czy sami palili i kawę pili, czy nie. Tak znajome, że nos już nie powinien zwracać na nie uwagi, ale Brenna, może przez wilka, tkwiącego gdzieś pod jej skórą, zawsze zwracała na niego uwagę. Po drodze do stolika zgarnęła z szafki pudełko ze swoim jedzeniem.
- Cześć! - oświadczyła radośnie, siadając na przeciwko Zeneidy. Być może brygadzistka zrobiła jej miejsce tylko z grzeczności, ale jeżeli tak postąpiła, to sama była sobie winna i teraz będzie musiała ją znosić. Czego się po Brennie spodziewać przecież musiała wiedzieć, były na jednym roku w Hogwarcie, a potem pracowały w jednym Departamencie na tyle długo, że ciężko byłoby nie odgadnąć.
Zmierzyła ją spojrzeniem. Wychwytywała oznaki, świadczące albo o niewyspaniu, albo o tym, że ten dzień nie był jednym z najlepszych w życiu panny Moody. Nijak jednak tego nie skomentowała. "Wyglądasz okropnie" raczej nie było tym, co Zeneida pragnęłaby usłyszeć, a z kolei pytanie "Ciężka noc?" zdawało się Brennie wybitnie głupie, gdy wszystkie znaki na niebie, ziemi i twarzy przyszłej aurorki wskazywały na to, że i owszem, noc była ciężka.
- Ciasteczko? - spytała zamiast tego, otwierając pudełko. Brenna jadła sporo i chętnie, więc faktycznie, poza sałatką z kurczakiem, podwójną porcją wyraźnie, w jednej przegródce, w drugiej znajdowały się także ciasteczka. - Potrzebuję cukru. I kofeiny, najlepiej dożylnie. Albo wybielacza, tak na mózg. Dostałam do sprawdzenia raport jednego z nowych i to czysta poezja, czyli nic z niego nie rozumiem. Zastanawiam się, jakim cudem wypuszczono go z Hogwartu. Ciekawe, czy moja nowa partnerka będzie umiała pisać, właśnie mi ją przydzielono. A co u ciebie?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.