09.01.2023, 22:26 ✶
Brenna przez ułamek sekundy była niemal pewna, że coś zaraz uderzy ją w plecy, poczuje ból, ale nie, była tylko nieprzyjemna woń spalenizny. Jeżeli coś ucierpiało, to wyłącznie ręka Fergusa.
Nie miała teraz czasu na zastanawianie się nad sytuacją, wystarczała świadomość jednego: Castiel zdołał uwolnić dłoń Ollivandera, ale wciąż mieli przerąbane. Fergus miał przerąbane. W uszach szumiało jej na tyle, że nawet nie usłyszała poleceń Flinta, ale i tak wyprostowała się gwałtownie, puszczając głowę Fergusa. Obróciła się ku oknu, wyciągając przed siebie różdżkę.
Problem z patronusami polegał na tym, że zasilałeś je pozytywnymi emocjami. A jednocześnie zwykle, kiedy je przywoływałeś, byłeś od tych pozytywnych emocji bardzo daleki. Teraz, kiedy strach nie nadchodził tylko dlatego, że tłumiła go adrenalina, jej dłonie plamiła krew, Castiel coś krzyczał, o radosne myśli było trudno.
Zwłaszcza, że Brenna już od dawna miała pewien problem z przywoływaniem patronusa.
Skupiła się jednak na wspomnieniu Erika i Mavelle, jeszcze z czasów Hogwartu, a z jej różdżki wydobyła się srebrna mgła, która przyjęła wilczą postać.
- Potrzebuję uzdrowiciela, teraz, szybko, adres to... - wyrecytowała, a potem machnęła różdżką ponownie, posyłając widmową wilczycę prosto do Danielle. Nie istniał szybszy sposób na przekazanie informacji, a kuzynka była jedną z niewielu osób, które znały się na leczeniu i co do których Brenna raczej nie wątpiła, że na taką dramatyczną wiadomość od krewnej szybko aportują się pod wskazanym adresem.
Zwłaszcza, że istniała spora szansa, że w domu w Dolinie już zapanowało pewne zamieszanie. W końcu dostała wyjca, raczej nikt poza nią nie znał wcześniej adresu pracowni Flinta, więc ktoś mógł usłyszeć, jak koperta wywrzaskuje dramatyczną wiadomość, a chwilę potem Brenny już nie było i nie miał kto udzielić wyjaśnień.
Ledwo patronus wypadł przez okno, Brenna już padała na kolana przy Fergusie i Castielu, usiłującym zatamować krwawienie, potężne mimo tego, że wcześniej użyła czaru, by wyczarować obręcz na ręku mężczyzny. Za pomocą zaklęcia oderwała fragment swojej koszuli i zaczęła zakładać prowizoryczny opatrunek. Nie próbowała leczyć mężczyzny zaklęciami: byli w sytuacji, w której na pewno nie mogło pomóc zwykłe episkey, a ona nie znała bardziej zaawansowanej magii leczniczej.
- Kiedy to się skończy, uduszę was obu - poinformowała, nie wytrzymując po raz pierwszy, po czym jeszcze mocniej zacisnęła materiał, szybko nasiąkający krwią, ale i tak lepiej ją powstrzymujący niż same palce.
I oby miała rację.
Oby gdy to się skończy, miała jeszcze kogo dusić.
Nie miała teraz czasu na zastanawianie się nad sytuacją, wystarczała świadomość jednego: Castiel zdołał uwolnić dłoń Ollivandera, ale wciąż mieli przerąbane. Fergus miał przerąbane. W uszach szumiało jej na tyle, że nawet nie usłyszała poleceń Flinta, ale i tak wyprostowała się gwałtownie, puszczając głowę Fergusa. Obróciła się ku oknu, wyciągając przed siebie różdżkę.
Problem z patronusami polegał na tym, że zasilałeś je pozytywnymi emocjami. A jednocześnie zwykle, kiedy je przywoływałeś, byłeś od tych pozytywnych emocji bardzo daleki. Teraz, kiedy strach nie nadchodził tylko dlatego, że tłumiła go adrenalina, jej dłonie plamiła krew, Castiel coś krzyczał, o radosne myśli było trudno.
Zwłaszcza, że Brenna już od dawna miała pewien problem z przywoływaniem patronusa.
Skupiła się jednak na wspomnieniu Erika i Mavelle, jeszcze z czasów Hogwartu, a z jej różdżki wydobyła się srebrna mgła, która przyjęła wilczą postać.
- Potrzebuję uzdrowiciela, teraz, szybko, adres to... - wyrecytowała, a potem machnęła różdżką ponownie, posyłając widmową wilczycę prosto do Danielle. Nie istniał szybszy sposób na przekazanie informacji, a kuzynka była jedną z niewielu osób, które znały się na leczeniu i co do których Brenna raczej nie wątpiła, że na taką dramatyczną wiadomość od krewnej szybko aportują się pod wskazanym adresem.
Zwłaszcza, że istniała spora szansa, że w domu w Dolinie już zapanowało pewne zamieszanie. W końcu dostała wyjca, raczej nikt poza nią nie znał wcześniej adresu pracowni Flinta, więc ktoś mógł usłyszeć, jak koperta wywrzaskuje dramatyczną wiadomość, a chwilę potem Brenny już nie było i nie miał kto udzielić wyjaśnień.
Ledwo patronus wypadł przez okno, Brenna już padała na kolana przy Fergusie i Castielu, usiłującym zatamować krwawienie, potężne mimo tego, że wcześniej użyła czaru, by wyczarować obręcz na ręku mężczyzny. Za pomocą zaklęcia oderwała fragment swojej koszuli i zaczęła zakładać prowizoryczny opatrunek. Nie próbowała leczyć mężczyzny zaklęciami: byli w sytuacji, w której na pewno nie mogło pomóc zwykłe episkey, a ona nie znała bardziej zaawansowanej magii leczniczej.
- Kiedy to się skończy, uduszę was obu - poinformowała, nie wytrzymując po raz pierwszy, po czym jeszcze mocniej zacisnęła materiał, szybko nasiąkający krwią, ale i tak lepiej ją powstrzymujący niż same palce.
I oby miała rację.
Oby gdy to się skończy, miała jeszcze kogo dusić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.