20.07.2024, 23:35 ✶
- Zawsze cieszę się na twój widok. Bo wtedy wiem, że w całej tej nudnej, nadętej atmosferze coś zdecydowanie pójdzie nie tak - uśmiechnął się do niej lekko, na siedzącego z drugiej jego strony kasztelana nie zwracając chwilowo już jakiejkolwiek uwagi. Był jednak przekonany, że każde kolejne słowo zwracającej się do niego czarodziejki, tylko bardziej biedaka stresowało, bo kiedy ta wspomniała hrabiego Louvaina i pana Philipa, ten drgnął nieco zbyt nerwowo, spojrzeniem przesuwając po zebranych i szukając najpierw tego pierwszego, a potem i tego drugiego. Jak na razie jednak, przynajmniej pan Philip, był cały i zdrów, zajęty posadzonymi obok niego gośćmi; jego siostrą, panną Ludovicą, a także wspomnianym już wcześniej władca niewielkiej wysepki, paniczem Laurentem.
Sięgnięcie po kielich to był bardzo dobry pomysł, bo nawet jeśli był tutaj do ochrony, czuł że na trzeźwo nie dotrwa do końca całej uczty. Nie przejmował się też zbytnio ewentualnymi problemami, bo co też takiego mogło się stać na ślubie księżniczki? Pojawi się jakiś potwór? Zabawne, ale co najwyżej jakiś pijany w sztok szlachcić uderzy drugiego. Królowa więc albo coś ukrywała albo była zanadto przewrażliwiona na punkcie całej imprezy. Kto wie, może łapały ją wyrzuty sumienia, że zmusza córkę do zamążpójścia.
Upił więc parę łyków wina, a kiedy odstawił puchar, zabrał się do wybierania sztućców. Brenna się tłumaczyła, próbując dopisać sobie o wiele większą rolę, niż pewnie faktycznie miała na tym całym dworze, a on spróbował sięgnąć po jeden z noży.
Kasztelan chrząknął.
Atreus zmrużył oczy i spojrzał na niego kątem oka, bez problemu odczytując ten znak. Dlatego przesunął rękę, tak że unosiła się nad kolejnym w rządku nożem. Uniósł brew. Kasztelan ledwo zauważalnie pokręcił głową.
Wojownik pokiwał równie subtelnie głową i teraz przyjmując korektę z pokorą i dając sobie kolejną szansę, która obejmowała trzeci nóż. Kasztelan westchnął, przymykając na moment oczy, ale było w tym tyle boleści, że jego nieudolny protegowany szybko i tym razem zrozumiał, że robi z siebie idiotę. W ten sposób zagrali jeszcze o dwie łyżki, ułożone w następnej kolejności obok noży, aż w końcu doszli do...
- Przecież wiem - odpowiedział jej z najbardziej wyluzowanym uśmiechem, na jaki było go w tym momencie stać, a następnie sięgnął po widelec. - Nigdy nie byłem jego przesadnym fanem. Miałem wrażenie, że ty też, biorąc pod uwagę to jak chętnie pozbywałaś się jego zapasów, malując nim ścianę - jego uśmiech był obrzydliwie grzeczny, kiedy odwrócił do niej całkiem twarz, przez moment przyglądając się jej reakcji.
Ale oprócz tego, zwyczajnie chciał na nią spojrzeć. Wyglądała dokładnie tak jak ją zapamiętał, bo przywilejem czarodziejek, dokładnie tak samo jak mutantów jego pokroju, był fakt że żyli o wiele dłużej niż inni. Lubił patrzeć jej w oczy, bo dostrzegał tam jakiś dziwny płomień, któremu z łatwością dawało się porwać, jeśli przyglądało mu się odrobinę zbyt długo. To tak, jakby patrzeć w ognisko, którego płomienie podrygiwały wesoło, zapraszając do zabaw, tańców czy skoków nad żywiołem, ale jeśli obejść się z nimi niewłaściwie, gotowe były natychmiast ukarać zuchwałość.
- Może śmierdzi - ściszył głos, mordując swoją rybę widelcem. - Wygląda tak, jakby dawno już nie żył. Widzisz jaki jest blady? Nie wiesz, czy go ktoś przebadał, zanim postanowiono mu obiecać rękę księżniczki? Może jeszcze nie jest za późno? - parsknął rozbawiony, wciąż jednak zachowując dyskrecję, najpierw obrzucając spojrzeniem wspomnianego Lucjusza, a potem już na dłuższy moment zatrzymując wzrok na wkraczającej do sali księżniczce. - Jestem pewien, ze ona nie miałaby nic przeciwko, gdyby ktoś ją od niego uratował.
Sięgnięcie po kielich to był bardzo dobry pomysł, bo nawet jeśli był tutaj do ochrony, czuł że na trzeźwo nie dotrwa do końca całej uczty. Nie przejmował się też zbytnio ewentualnymi problemami, bo co też takiego mogło się stać na ślubie księżniczki? Pojawi się jakiś potwór? Zabawne, ale co najwyżej jakiś pijany w sztok szlachcić uderzy drugiego. Królowa więc albo coś ukrywała albo była zanadto przewrażliwiona na punkcie całej imprezy. Kto wie, może łapały ją wyrzuty sumienia, że zmusza córkę do zamążpójścia.
Upił więc parę łyków wina, a kiedy odstawił puchar, zabrał się do wybierania sztućców. Brenna się tłumaczyła, próbując dopisać sobie o wiele większą rolę, niż pewnie faktycznie miała na tym całym dworze, a on spróbował sięgnąć po jeden z noży.
Kasztelan chrząknął.
Atreus zmrużył oczy i spojrzał na niego kątem oka, bez problemu odczytując ten znak. Dlatego przesunął rękę, tak że unosiła się nad kolejnym w rządku nożem. Uniósł brew. Kasztelan ledwo zauważalnie pokręcił głową.
Wojownik pokiwał równie subtelnie głową i teraz przyjmując korektę z pokorą i dając sobie kolejną szansę, która obejmowała trzeci nóż. Kasztelan westchnął, przymykając na moment oczy, ale było w tym tyle boleści, że jego nieudolny protegowany szybko i tym razem zrozumiał, że robi z siebie idiotę. W ten sposób zagrali jeszcze o dwie łyżki, ułożone w następnej kolejności obok noży, aż w końcu doszli do...
- Przecież wiem - odpowiedział jej z najbardziej wyluzowanym uśmiechem, na jaki było go w tym momencie stać, a następnie sięgnął po widelec. - Nigdy nie byłem jego przesadnym fanem. Miałem wrażenie, że ty też, biorąc pod uwagę to jak chętnie pozbywałaś się jego zapasów, malując nim ścianę - jego uśmiech był obrzydliwie grzeczny, kiedy odwrócił do niej całkiem twarz, przez moment przyglądając się jej reakcji.
Ale oprócz tego, zwyczajnie chciał na nią spojrzeć. Wyglądała dokładnie tak jak ją zapamiętał, bo przywilejem czarodziejek, dokładnie tak samo jak mutantów jego pokroju, był fakt że żyli o wiele dłużej niż inni. Lubił patrzeć jej w oczy, bo dostrzegał tam jakiś dziwny płomień, któremu z łatwością dawało się porwać, jeśli przyglądało mu się odrobinę zbyt długo. To tak, jakby patrzeć w ognisko, którego płomienie podrygiwały wesoło, zapraszając do zabaw, tańców czy skoków nad żywiołem, ale jeśli obejść się z nimi niewłaściwie, gotowe były natychmiast ukarać zuchwałość.
- Może śmierdzi - ściszył głos, mordując swoją rybę widelcem. - Wygląda tak, jakby dawno już nie żył. Widzisz jaki jest blady? Nie wiesz, czy go ktoś przebadał, zanim postanowiono mu obiecać rękę księżniczki? Może jeszcze nie jest za późno? - parsknął rozbawiony, wciąż jednak zachowując dyskrecję, najpierw obrzucając spojrzeniem wspomnianego Lucjusza, a potem już na dłuższy moment zatrzymując wzrok na wkraczającej do sali księżniczce. - Jestem pewien, ze ona nie miałaby nic przeciwko, gdyby ktoś ją od niego uratował.