09.01.2023, 23:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2023, 15:55 przez Brenna Longbottom.)
- Czyli Dziurawy Kocioł albo ktoś w alejce – mruknęła Brenna w zamyśleniu. Rzucenie zaklęcia niezauważenie na tyle osób zdawało się jej najmniej prawdopodobnym scenariuszem, wchodziło jednak w grę dodanie czegoś na przykład do któregoś napoju albo jakieś alchemiczne opary... Musiała podpytać kogoś, kto znał się na eliksirach, czy wywołanie takich objawów było możliwe, jeżeli ktoś nie wypił eliksiru. Chusteczkę schowała do kieszeni, różdżkę, choć wciąż rozświetloną lumos, opuściła. Patrzyła na Reginę, gdy ta bardzo powoli wstawała, chociaż w głowie już układała sobie kolejne posunięcia.
Musieli dorwać tamtego chłopaka i najlepiej zapukać znowu do drzwi kamienicy przy Pokątnej 5. Zapytać, czy jedli w Dziurawym Kotle albo chodzili bocznymi drogami. Co jedli, co i kogo widzieli. Czy byli w pobliżu jednego z przejść do Gringotta.
A potem u boku innego Brygadzisty Brenna przespaceruje się tam w wilczej postaci, węsząc za wszelkimi podejrzanymi zapachami…
Nie liczyła specjalnie na jakiś spektakularny sukces, ale wolała to sprawdzić. Ot na wszelki wypadek. Dłuższe śledztwo nie miało jednak na razie sensu, przynajmniej póki sytuacja się nie powtórzyła. Oby to był jakiś przypadkowy błąd w którymś z zakładów alchemicznych. Niska szkodliwość społeczna i małe szanse na to, że dopadną winnego. Nie było warto angażować wielu sił.
- Przykro mi. Mam nadzieję, że już dobrze? Świat wygląda normalnie? – upewniła się. O ile zdecydowaną większość czarodziejów mogłaby podeprzeć w razie potrzeby, a gdyby trzeba było, nawet w ekstremalnej sytuacji ponieść, o tyle Reginie pomóc nie mogła, więc liczyła, że ta nie postanowi mdleć.
Jej wargi wygięły się w uśmiechu, gdy Regina wspomniała o „okolicznościach spotkaniach”.
- Jestem Brygadzistką, uwierz, spotykam ludzi w dużo dziwniejszych okolicznościach. Czasem na przykład zamiast "cześć" krzyczą na powitanie "drętwota"– zapewniła. Brygadzistką i Longbottomówną, to drugie nawet chyba generowało jeszcze dziwniejsze spotkania niż to pierwsze. W rodzaju nagle niespodziewanie spotykasz się z kolega, bo aportujesz się do jego mieszkania, gdy przysłał twojemu bratu wiadomość, że ktoś chce go zabić. Albo twój znajomy z czasów szkolnych dobija się do drzwi, i mówi, że no… cóż. Ktoś chce go zabić.
Znalezienie kogoś pod wpływem jakichś podejrzanych substancji w bocznej, ciemnej uliczce nie wydawało się więc Brennie czymś ani trochę nadzwyczajnym. Mieściło się w okolicach codziennej normy.
- Jeżeli czujesz się na siłach, odprowadzę cię do najbliższego punktu Fiuu. Nie powinnaś się teleportować w tym stanie, bo wylądujesz na bagnach… i to całkiem dosłownie, słyszałam, że jakieś podobno parę osób ostatnio ściągnęły, bo generują jakieś zakłócenia czy coś takiego? - Chociaż być może kolega, który o tym wspomniał, ją wkręcał. Brenna zupełnie się na takich rzeczach nie znała. - Osobiście doradzałabym na wszelki wypadek odwiedzić Munga. – Nie zamierzała jednak na to naciskać, jeśli Regina zdoła pokonać drogę do pobliskiego kominka o własnych siłach. Nie wyglądała na ranną i wydawało się, że efekty tego jedzenia, oparów albo czegokolwiek innego, zaczynały powoli ustępować. – Być może dostaniesz prośbę o złożenie oficjalnych zeznań w tej sprawie, ale wątpię, żebyśmy ich potrzebowali – westchnęła z pewną rezygnacją. – Spróbuję porozmawiać z innymi poszkodowanymi, sprawdzić Kocioł i okoliczne alejki, ale no, myślę, że jeśli ktoś coś takiego zrobił, to raczej nie stoi na rogu, czekając na Brygadzistów.
Jej praca byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby przestępcy właśnie tak postępowali, ale jakoś – dranie przebrzydłe! – woleli się ukrywać. Poza tym to mógł być jakiś wypadek przy pracy. Alchemikom takie w końcu się zdarzały.
Musieli dorwać tamtego chłopaka i najlepiej zapukać znowu do drzwi kamienicy przy Pokątnej 5. Zapytać, czy jedli w Dziurawym Kotle albo chodzili bocznymi drogami. Co jedli, co i kogo widzieli. Czy byli w pobliżu jednego z przejść do Gringotta.
A potem u boku innego Brygadzisty Brenna przespaceruje się tam w wilczej postaci, węsząc za wszelkimi podejrzanymi zapachami…
Nie liczyła specjalnie na jakiś spektakularny sukces, ale wolała to sprawdzić. Ot na wszelki wypadek. Dłuższe śledztwo nie miało jednak na razie sensu, przynajmniej póki sytuacja się nie powtórzyła. Oby to był jakiś przypadkowy błąd w którymś z zakładów alchemicznych. Niska szkodliwość społeczna i małe szanse na to, że dopadną winnego. Nie było warto angażować wielu sił.
- Przykro mi. Mam nadzieję, że już dobrze? Świat wygląda normalnie? – upewniła się. O ile zdecydowaną większość czarodziejów mogłaby podeprzeć w razie potrzeby, a gdyby trzeba było, nawet w ekstremalnej sytuacji ponieść, o tyle Reginie pomóc nie mogła, więc liczyła, że ta nie postanowi mdleć.
Jej wargi wygięły się w uśmiechu, gdy Regina wspomniała o „okolicznościach spotkaniach”.
- Jestem Brygadzistką, uwierz, spotykam ludzi w dużo dziwniejszych okolicznościach. Czasem na przykład zamiast "cześć" krzyczą na powitanie "drętwota"– zapewniła. Brygadzistką i Longbottomówną, to drugie nawet chyba generowało jeszcze dziwniejsze spotkania niż to pierwsze. W rodzaju nagle niespodziewanie spotykasz się z kolega, bo aportujesz się do jego mieszkania, gdy przysłał twojemu bratu wiadomość, że ktoś chce go zabić. Albo twój znajomy z czasów szkolnych dobija się do drzwi, i mówi, że no… cóż. Ktoś chce go zabić.
Znalezienie kogoś pod wpływem jakichś podejrzanych substancji w bocznej, ciemnej uliczce nie wydawało się więc Brennie czymś ani trochę nadzwyczajnym. Mieściło się w okolicach codziennej normy.
- Jeżeli czujesz się na siłach, odprowadzę cię do najbliższego punktu Fiuu. Nie powinnaś się teleportować w tym stanie, bo wylądujesz na bagnach… i to całkiem dosłownie, słyszałam, że jakieś podobno parę osób ostatnio ściągnęły, bo generują jakieś zakłócenia czy coś takiego? - Chociaż być może kolega, który o tym wspomniał, ją wkręcał. Brenna zupełnie się na takich rzeczach nie znała. - Osobiście doradzałabym na wszelki wypadek odwiedzić Munga. – Nie zamierzała jednak na to naciskać, jeśli Regina zdoła pokonać drogę do pobliskiego kominka o własnych siłach. Nie wyglądała na ranną i wydawało się, że efekty tego jedzenia, oparów albo czegokolwiek innego, zaczynały powoli ustępować. – Być może dostaniesz prośbę o złożenie oficjalnych zeznań w tej sprawie, ale wątpię, żebyśmy ich potrzebowali – westchnęła z pewną rezygnacją. – Spróbuję porozmawiać z innymi poszkodowanymi, sprawdzić Kocioł i okoliczne alejki, ale no, myślę, że jeśli ktoś coś takiego zrobił, to raczej nie stoi na rogu, czekając na Brygadzistów.
Jej praca byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby przestępcy właśnie tak postępowali, ale jakoś – dranie przebrzydłe! – woleli się ukrywać. Poza tym to mógł być jakiś wypadek przy pracy. Alchemikom takie w końcu się zdarzały.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.