21.07.2024, 00:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2024, 01:29 przez Brenna Longbottom.)
– Jestem tylko prostą czarodziejką. Dlaczego przeze mnie coś miałoby pójść nie tak? – spytała, unosząc brwi, po czym powędrowała wzrokiem za jego spojrzeniem, na chwilę patrząc na pana Philippa i pannę Ludovicę, odzianą w suknię piękną, ale wobec dworskich standardów skandalicznie głęboko wyciętą. – Wystarczy do tego, że panna Ludovica cię tu dostrzeże. Jestem pewna, że nawet świeżo nabyty herb z wieńcem majowym i płomieniem w środku nie powstrzyma jej przed chluśnięciem ci winem w twarz. A i Anthony z Borgiani nie spuszcza cię z oczu: już dziś zdążyłeś zrobić sobie wroga? – powiedziała, zastanawiając się, jaką minę zrobiłaby królowa, gdyby zorientowała się, że są na tej uczcie przynajmniej trzy czy cztery osoby, które już wcześniej miały do czynienia z Atreusem, i całe to przebranie, włosy przycięte, zarost przystrzyżony, mogą nie wystarczyć, aby je zwieść. Jej nie zwiodły. Poznałaby tego drania zawsze i wszędzie, nieważne, w jakie ustroiliby go piórka.
Całe to wodzenie dłonią nad sztućcami, znaczące chrząkania kasztelana i żałość malująca się na kasztelańskiej twarzy, rozbawiłyby ją niewątpliwie w innych okolicznościach. Ale na tej uczcie zbyt wiele toczyło się zakulisowych gierek, i zbyt wysoka była stawka, a jego pojawienie się za mocno wytrącało Brennę z równowagi – nie tylko dlatego, że na pewno pojawił się tu na życzenie królowej, nawet jeżeli unikał odpowiedzi na pytanie.
– Trudno być jego sojuszniczką, gdy choć wielu przyjaciół kupił sobie na tym dworze, to szepce się tu i ówdzie, że ma związki z Wężowym Panem – odparła i jej ton stał się trochę chłodniejszy, a wyraz twarzy jakby zacięty, kiedy przez moment śledziła wzrokiem Lucjusza, podążającego na jedno z dwóch pustych miejsc, obok siebie, całkiem blisko tronu królowej. Był blady, i minę miał nieprzyjemną, ale miał też kufry pełne złota i to wystarczyło, bo niejeden naciskał, że sojusz a Malfoyami to najlepsza droga dla królestwa, a pogłoskom nie ma co dawać wiary. Och, sporo było nacisków w kierunku tych zrękowin… na szczęście od tych do małżeństwa była jeszcze droga, czasem stroma i zdradliwa dla przyszłego pana młodego. – A ten podobno pragnie dla siebie złocistych, pełnych magii jabłek z tutejszych sadów.
Zwróciła spojrzenie z powrotem ku niemu.
Zła była, że go tu widzi.
Cieszyła się, że go widzi.
Miała ochotę wypchnąć go zaklęciem przez najbliższe okno.
Zawsze miała słabość do tej szui.
– Nie wiedziałam, że jesteś takim znawcą cudzych charakterów i tak łatwo przejrzeć ci kobiece serca – powiedziała, wciąż cicho, gdy królewna Nora dotarła do swojego miejsca, obserwowana przez niemal wszystkich biesiadników. – Czyżbyś chciał odegrać tę rolę i uwolnić królewnę od niechcianego zalotnika? – spytała, przekrzywiając lekko głowę, obserwując go spod przymrużonych powiek. – Cóż to byłaby za epicka opowieść, o wojowniku i pięknej księżniczce, którą ocalił, wiedziony ręką przeznaczenia.
Królowa powstała: herold uderzył laską kilka razy o podłogę, by przerwać toczące się przy stole rozmowy.
– Czcigodni goście, uczta, w której bierzemy dziś udział, nie jest zwykłą okazją. Oznajmiam wszem i wobec, że moja córka, królewna Nora, spadkobierczyni tronu, poślubi lorda Lucjusza, ze znamienitego rodu Malfoyów, od dawna broniącego naszego pogranicza.
Lucjusz wstał, wyciągnął dłoń do Nory. I ona powstała, z miejsca, które jej przypisano, tuż obok niego, choć ani na moment nie podniosła oczu - nie spojrzała na przyszłego męża.
Całe to wodzenie dłonią nad sztućcami, znaczące chrząkania kasztelana i żałość malująca się na kasztelańskiej twarzy, rozbawiłyby ją niewątpliwie w innych okolicznościach. Ale na tej uczcie zbyt wiele toczyło się zakulisowych gierek, i zbyt wysoka była stawka, a jego pojawienie się za mocno wytrącało Brennę z równowagi – nie tylko dlatego, że na pewno pojawił się tu na życzenie królowej, nawet jeżeli unikał odpowiedzi na pytanie.
– Trudno być jego sojuszniczką, gdy choć wielu przyjaciół kupił sobie na tym dworze, to szepce się tu i ówdzie, że ma związki z Wężowym Panem – odparła i jej ton stał się trochę chłodniejszy, a wyraz twarzy jakby zacięty, kiedy przez moment śledziła wzrokiem Lucjusza, podążającego na jedno z dwóch pustych miejsc, obok siebie, całkiem blisko tronu królowej. Był blady, i minę miał nieprzyjemną, ale miał też kufry pełne złota i to wystarczyło, bo niejeden naciskał, że sojusz a Malfoyami to najlepsza droga dla królestwa, a pogłoskom nie ma co dawać wiary. Och, sporo było nacisków w kierunku tych zrękowin… na szczęście od tych do małżeństwa była jeszcze droga, czasem stroma i zdradliwa dla przyszłego pana młodego. – A ten podobno pragnie dla siebie złocistych, pełnych magii jabłek z tutejszych sadów.
Zwróciła spojrzenie z powrotem ku niemu.
Zła była, że go tu widzi.
Cieszyła się, że go widzi.
Miała ochotę wypchnąć go zaklęciem przez najbliższe okno.
Zawsze miała słabość do tej szui.
– Nie wiedziałam, że jesteś takim znawcą cudzych charakterów i tak łatwo przejrzeć ci kobiece serca – powiedziała, wciąż cicho, gdy królewna Nora dotarła do swojego miejsca, obserwowana przez niemal wszystkich biesiadników. – Czyżbyś chciał odegrać tę rolę i uwolnić królewnę od niechcianego zalotnika? – spytała, przekrzywiając lekko głowę, obserwując go spod przymrużonych powiek. – Cóż to byłaby za epicka opowieść, o wojowniku i pięknej księżniczce, którą ocalił, wiedziony ręką przeznaczenia.
Królowa powstała: herold uderzył laską kilka razy o podłogę, by przerwać toczące się przy stole rozmowy.
– Czcigodni goście, uczta, w której bierzemy dziś udział, nie jest zwykłą okazją. Oznajmiam wszem i wobec, że moja córka, królewna Nora, spadkobierczyni tronu, poślubi lorda Lucjusza, ze znamienitego rodu Malfoyów, od dawna broniącego naszego pogranicza.
Lucjusz wstał, wyciągnął dłoń do Nory. I ona powstała, z miejsca, które jej przypisano, tuż obok niego, choć ani na moment nie podniosła oczu - nie spojrzała na przyszłego męża.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.