21.07.2024, 12:57 ✶
Crow momentalnie napiął się, wyprostował plecy. Polimorfia. No oczywiście, że znał to słowo, to nawet nie było słowo z kategorii trudnych słów, okej? Ale za cholerę go teraz nie powtórzy. Zamiast tego głośno przełknął ślinę. Jasne, czuł się lepiej trzymany przez Bletchleya i był mu za to wdzięczny, ale jednocześnie bardzo zestresował się tym, że był właśnie... Wyśmiewany! Przez smoka! Dla niego te smoki nie były do końca urocze, za słodkie w tej sytuacji uznał głównie to, co powiedział o nich Cain. Ten śmiejący się gad go... denerwował! Zawstydzony, rozdrażniony i pełen dziwnych emocji, myśli które nie powinny go nawiedzać, Crow odrobinę pękł. Wyszedł jeszcze dwa kroki do przodu, zadarł głowę do góry i rozpoczął szczeniacką, słowną przepychankę mającą doprowadzić go do odpowiedzi, której tak zażarcie poszukiwał. Tak, domyślił się już, co się właściwie wydarzyło na tym polu, ale musiał, no zwyczajnie musiał się upewnić...
- Pokaż mi jak wyglądasz!
- Najpierw powiedz polimolfia.
Atmosfera zrobiła się bardzo, bardzo gęsta. Powietrze wokół nich dało się ciąć nożem, a loki na głowie czarodzieja znalazły się w stanie najwyższego możliwego napuszenia - wyglądał teraz trochę jak pudel, jak pies, w dodatku taki ostrzący zęby i gotowy do potyczki ze stworzeniem, z którym nie miał szans, nawet jeżeli było jedynie miniaturką swojej większej wersji.
- Jak mi pokażesz to powiem!
- A co ja niby będę z tego miał?
- ...satysfakcję z mojego zadowolenia? To tylko trochę poświęcenia!
I naprawdę zaczęli się o to kłócić. W delikatnej szarpaninie jaka miała pomiędzy nimi miejsce i przepychance słownej niegodnej długowiecznego maga i złotego smoka, ciężko już było zrozumieć co właściwie do siebie mówią. Gdzieś pomiędzy sapnięciami Crow powiedział to słowo, ale oczywiście „było już za późno”. W pewnym momencie Crow leżał na piasku, ze smokiem na sobą i propozycją, że ten mu się pokaże w ludzkiej formie za błyskotkę, jaką nosił na szyi. Ten, oczywiście, od razu zaczął się miotać. Nigdy nie był przywiązany do żadnych przedmiotów tak bardzo jak do ubrań, niezmienionych od lat, naprawianych czarami. Każdy kto go znał wiedział, jak silne doznania wywoływała w nim zmiana garderoby i jak mocno nie potrafił przyzwyczaić się do leżenia na jego ciele czegokolwiek innego. Miałby... Oddać tę aksamitkę? Od razu jęczał, że nie ma żadnej pewności, więc się na to nie zdecyduje, a tak poza tym to...
Zamknął się nagle, bo na ziemi przed nim nie klęczała już przerośnięta jaszczurka tylko młodzieniec dostrzeżony na polu, przy rzece, sekundy przed tym jak w swoje pazury nie chwycił go smok. To znaczy, w świetle zdobytych informacji... Smoczyca.
Crow wziął kilka głębokich wdechów, następnie faktycznie ściągnął tę aksamitkę z szyi. Wyglądał teraz śmiesznie, bo miał na niej wyraźnie nieopaloną linię i kropkę będącą pozostałością po zwisającej z materiału, obsydianowej gwieździe. Potulnie założył ją na szyję młodego chłopaka, którego najwyraźniej nie trzeba było ratować. Nie w taki sposób w jaki chciał go ratować.
- Dlaczego tak bardzo ci na tym zależało?
Milczał.
- Pokaż mi jak wyglądasz!
- Najpierw powiedz polimolfia.
Atmosfera zrobiła się bardzo, bardzo gęsta. Powietrze wokół nich dało się ciąć nożem, a loki na głowie czarodzieja znalazły się w stanie najwyższego możliwego napuszenia - wyglądał teraz trochę jak pudel, jak pies, w dodatku taki ostrzący zęby i gotowy do potyczki ze stworzeniem, z którym nie miał szans, nawet jeżeli było jedynie miniaturką swojej większej wersji.
- Jak mi pokażesz to powiem!
- A co ja niby będę z tego miał?
- ...satysfakcję z mojego zadowolenia? To tylko trochę poświęcenia!
I naprawdę zaczęli się o to kłócić. W delikatnej szarpaninie jaka miała pomiędzy nimi miejsce i przepychance słownej niegodnej długowiecznego maga i złotego smoka, ciężko już było zrozumieć co właściwie do siebie mówią. Gdzieś pomiędzy sapnięciami Crow powiedział to słowo, ale oczywiście „było już za późno”. W pewnym momencie Crow leżał na piasku, ze smokiem na sobą i propozycją, że ten mu się pokaże w ludzkiej formie za błyskotkę, jaką nosił na szyi. Ten, oczywiście, od razu zaczął się miotać. Nigdy nie był przywiązany do żadnych przedmiotów tak bardzo jak do ubrań, niezmienionych od lat, naprawianych czarami. Każdy kto go znał wiedział, jak silne doznania wywoływała w nim zmiana garderoby i jak mocno nie potrafił przyzwyczaić się do leżenia na jego ciele czegokolwiek innego. Miałby... Oddać tę aksamitkę? Od razu jęczał, że nie ma żadnej pewności, więc się na to nie zdecyduje, a tak poza tym to...
Zamknął się nagle, bo na ziemi przed nim nie klęczała już przerośnięta jaszczurka tylko młodzieniec dostrzeżony na polu, przy rzece, sekundy przed tym jak w swoje pazury nie chwycił go smok. To znaczy, w świetle zdobytych informacji... Smoczyca.
Crow wziął kilka głębokich wdechów, następnie faktycznie ściągnął tę aksamitkę z szyi. Wyglądał teraz śmiesznie, bo miał na niej wyraźnie nieopaloną linię i kropkę będącą pozostałością po zwisającej z materiału, obsydianowej gwieździe. Potulnie założył ją na szyję młodego chłopaka, którego najwyraźniej nie trzeba było ratować. Nie w taki sposób w jaki chciał go ratować.
- Dlaczego tak bardzo ci na tym zależało?
Milczał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.