21.07.2024, 08:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2024, 23:53 przez Lorraine Malfoy.)
Sala balowa z Jonathanem, odpowiedź na ten post, kiedy odchodzę na bok dostrzegam Atreusa i Maeve i idę do nich
Nieobcy był Selwynowi słowny fechtunek: zgrabnie wybrnął z przyjacielskiej potyczki – równie zgrabnie, co stawiał kolejne kroki na parkiecie – obracali się w tańcu jak dwójka szermierzy, w udawanej walce na śmierć i życie, skrywając twarze i intencje za wymyślnymi maskami. Chowasz się za dwuznacznymi manieryzmami, wypominał jej oskarżycielsko Atreus, i miał rację – nie wątpiła nigdy, że walczy bronią obosieczną – ale Lorraine niejako nauczyła się odnajdywać spełnienie w tym tańcu pozorów.
Nikt nie musiał znać prawdziwej Lorraine Malfoy – ważne, że ona wiedziała, kim jest.
Uświadomiła to sobie patrząc na mieniącą się niczym pryzmat w promieniach słońca twarz Maeve – Maeve, którą kochała bez względu na to, jaką postać zdecydowała się przybrać danego dnia – Maeve, którą kochała bez konieczności definiowania: definiować znaczyłoby ograniczać, a ona czuła się wolna tylko u boku Maeve Chang.
Nie po to człowiek ma wiele różnych oblicz, by wybierać tą ulubioną, bo przecież to tylko ich mieszanina tworzy go w całości.
Choć żałowała, że nie ma u swojego boku ukochanej metamorfogini, cieszyła się, że ta nie widzi teraz jej twarzy.
– Ja to wiem – palce Lorraine przebiegły figlarnie po ramieniu Jonathana – pan to wie – jej oddech omiótł jego ucho – ale nikt inny nie musi wiedzieć. – Odsunęła się zaraz na stosowną odległość, tak samo nieoczekiwanie, jak się do niego zbliżyła; tak, jak gdyby to, co przed chwilą powiedziała, w ogóle nie miało miejsca. Uśmiech wiły był nieprzenikniony. – Wizerunek półnagiego celebryty może być niesmaczną sensacją. Ale negliż emocjonalny – zawiesiła na chwilę głos – zakrawa już o obsceniczność, drogi panie Selwyn.
Nagle znów był sierpień – z jakiegoś powodu to zawsze jest sierpień, stwierdziła martwo, sunąc po parkiecie z senną gracją – sierpień, miesiąc żniw i bezlitośnie zarżniętych złudzeń, sierpień, kiedy wieczorami niebo spływa krwawą posoką dogorywającego lata, uśmiechnęła się nieprzytomnie. Nagle znów był sierpień, ale sierpień sześć lat temu, żar lał się z nieba, a dookoła rozbrzmiewało widmowe echo Wyspy Umarłych Rachmaninowa. Upiorne dźwięki fortepianu – to żałoba grała na strunach jej serca – ścigały Lorraine aż do biblioteki, gdzie na wpół omdlałą znalazł ją Anthony. Wtedy to z nim oddała się podobnym rozważaniom. Wtedy to jemu cytowała Szekspira. Wtedy to o jego ramię wspierała się, zafascynowana rozmową.
Wtedy wiele by dała, by móc przywdziać czerń, by zapomnieć się w żałobie po śmierci macochy: teraz mogła zapomnieć się w tańcu i głębokiej czerni męskich oczu.
– Od Henryka podbijającego francuską ziemię wolę Henryka, który próbuje podbić francuskie serce Katarzyny de Valois. – Konspiracyjnie ściszyła głos, jak sufler podpowiadający aktorowi zapomnianą kwestię, choć oboje już dawno odbiegli od właściwego tekstu sztuki, oddając się flirciarskiej improwizacji. Nie, Jonathan ani trochę nie pomylił się w ocenie Lorraine. – Zwycięski król, uzbrojony jedynie w łamaną francuszczyznę, ostatnią – najważniejszą – z bitew musi stoczyć sam: nawet majestat władcy musi się ukorzyć pod słodkim jarzmem miłości.
Jest wspaniale, stwierdziła, przymykając w rozmarzeniu oczy, kiedy Jonathan obrócił nią gwałtownie, narzucając tańcu szybsze tempo. Tango – nie taniec, tylko nieprzyzwoita krotochwila wywodzącą się z domów uciechy – niegdyś zakazane na salonach, uznane za niegodne eleganckich elit: zbyt frywolne, zbyt intymne, zbyt zmysłowe. Lorraine odchyliła sensualnie szyję, odrzucając do tyłu swoje długie włosy. Czuła na sobie ciekawskie spojrzenia gości zasiadających przy stołach, ale zignorowała je, oddając się muzyce. Wieczory takie jak ten przypominały Lorraine, że z urodzenia i wychowania jest – i zawsze będzie – Malfoy. Wieczory takie jak ten prawie pozwalały zapomnieć, że to dumnie brzmiące nazwisko było jedynym, czym mogła się poszczycić.
Wolałaby umrzeć w najgorszym ze ścieków Nokturnu, niż nurzać się codziennie w tym arystokratycznym szambie.
– Nie wiem, komu przyznać laur zwycięzcy w konkursie tanecznym, więc ucieknę, zanim pan i pan Shafiq porwiecie mnie do rewanżu: boję się zresztą, że orkierstra opadła już z sił – Na jej twarz szybko powrócił wyraz uprzejmego znudzenia – do cna wystudiowanego – kiedy zobaczyła, że na salę wjeżdża tort, bezczelnie przerywając im taniec. Cóż, najlepszy jest niedosyt. – Dziękuję za taniec, panie Selwyn.
Lorraine błyszczała.
Kiedy Jonathan omiótł ją swym spojrzeniem, mógł zobaczyć czerwień, czerwoną mgławicę inkrustowaną tysiącami błędnych gwiazd: patrz na mnie, zdawała się szeptać intoksykująca czerwień, połyskująca nadnaturalnym blaskiem, nie waż się odwracać oczu, żądała kapryśnie. Patrz na mnie – tylko na mnie. Ale roziskrzony czar półwiły był jedynie fasadą, nie mogącym równać się z feerią barw tuż pod powierzchnią. Migocząca kaskada tajonych uczuć, głęboko skrywanych marzeń i snów – emocje, których nie mogła – nie chciała – nie potrafiła pokazać – zmieniające się niczym w kalejdoskopie, wszystkie tak przerażająco intensywne, wszystkie tak desperacko żywe, próbujące wyrwać się z okowów wątłego ciała wiły. Odcienie czerwieni mieszały się ze sobą w aurze Lorraine jak róże we wcześniej krytykowanych przez nią weselnych bukietach: szkarłatne namiętności rozkwitały niczym kamelie, karmazynowe maki prężyły się raz to w lekkodusznej radości, raz to w grobowej zadumie, burgundowe dalie uosabiały gniew, zazdrość i porywczość, zaś rubinowe storczyki… Och, Jonathan nie mógł mieć wątpliwości, po tym jak doświadczył tej oślepiającej łuny czerwieni. Miłość była we wszystkim co robiła Lorraine. Wysycała każdą jej myśl, przenikała każdy gest. Patrz na mnie – śmiała się głośno i buńczucznie. Kochaj mnie – modliła się, bezgłośnym szeptem.
***
TW: eating pussy and dick disorder
Kiedy Lorraine dostrzegła w oddali Maeve, jej aura gwałtownie rozbłysła, jaśniejąc dumnym blaskiem. Kiedy dostrzegła Atreusa, również zamigotała czule – choć pojawiło się w niej więcej ciemnych odcieni, symbolizujących nieufność. Kiedy zrozumiała, że musieli przyjść na wesele razem, czerwień aury zaczęła kłębić się jednak niczym wzburzone morze – zafalowała gwałtownie, iskrząc pianą. Lorraine była jak syrena wyrzucona na brzeg: z cudownym śpiewem zamarłym na ustach, z bezużytecznymi nogami – które drżały, nie mogąc postąpić choćby kroku – i smakiem soli na języku, który zamiast przypominać o utraconym domu, powodował mdłości.
Miała ochotę zwymiotować swoje serce.
W zamian zjadłaby serce Atreusa. Wyrwałaby mu je z piersi tymi samymi rękoma, którymi niegdyś dotykała go, przepełniona miłością – tymi samymi rękoma, którymi wielbiła z rewerencją Maeve – tymi samymi rękoma, którymi zawsze potrafiła wyrazić więcej niż słowami. Spojrzenie Lorraine mendrowało po twarzy Maeve, nieco dłużej zatrzymując się na jej oczach i ustach – jak gdyby chciała zlizać z warg kobiety wspomnienie roszącego je alkoholu – oczach i ustach, które należały do Lorraine, tak jak dłonie wiły należały do Maeve.
Nie, nie była zazdrosna. Nie mogła być zazdrosna.
Kim zresztą była, by zabraniać czegoś ukochanej? Sama krążyła nieustannie między jej sypialnią a łóżkiem Otto. Maeve mogła być kim chciała, i mieć kogo chciała – to wydawało się Lorraine naturalne, zresztą, zawsze fascynowało ją, że Chang potrafi czerpać z życia garściami – lubię na ciebie patrzeć, kiedy bawisz się swoim darem, mówiła, wtulając się pod ramię metamorfogini, wyglądasz wtedy tak, jakbyś odkrywała w sobie coś nowego, wyglądasz tak, jakbyś błyszczała.
Nie, Lorraine nie była zazdrosna, Lorraine była chciwa. Czasem po prostu chciała mieć Maeve tylko dla siebie. Chciała zwymiotować i zjeść cudze serce, bo jej własne nie wystarczyłoby, by pomieścić ogrom uczucia, skonstatowała w bulimicznym paroksyzmie, wyobrażając sobie z lubością, jak wsadza palce do gardła, szkoda, że swoje własne, nie palce kochanki, pomyślała, a wstyd zabarwił jej policzki rumieńcem. Wszystkie swoje uczucia zdążyła już rozgryźć – przemielić w zracjonalizowaną papkę, której nie śmiała przecież przełknąć – była tak miłosierna i wybaczająca jak sama Matka, więc wypluła ją, na boską modłę, ledwie poczuła smak na języku. Zawsze ten głód – ten przeklęty głód – głód, jej constans, jej puls, sens jej istnienia: Lorraine była głodna, Lorraine musiała być głodna – nie patrzyła na tort, na tony lukru i ozdób, na fikuśne talerzyki, na których został podany gościom, jeszcze chwila i się zrzygam, pomyślała spokojnie – wystarczyły okruchy miłości. Tyle jej się należało. Na tyle mogła sobie pozwolić.
Nie mogła być zazdrosna, ani o Maeve, ani o Atreusa. Kochała już i tak zbyt mocno.
To zresztą prawie nie bodło jej próżności, kiedy w grę wchodzili mężczyźni – z kobietami zawsze mimowolnie się porównywała, ale płeć brzydsza nie była konkurencją – tylko że ze wszystkich mężczyzn na świecie trafiło na Atreusa. Atreusa, który nie dość, że kochał Lorraine pierwszy – zanim ona sama wiedziała, czym w ogóle jest miłość – musiał też kochać Maeve pierwszy, mógł ją mieć tylko dla siebie, wstrętny szuler, lawirujący na peryferiach serc, pomyślała, patrząc na dłonie Bulstrode’a. Wyobrażała sobie jak suną po wysmukłych nogach Maeve by sięgnąć między jej uda. Kiedy dotykał Maeve – czy dotykał ją tak czule, jak robiła to Lorraine? – czy kochał ją tak dobrze, jak kochała ją Lorraine? Jakim był dla niej kochankiem? Innym niż dla Lorraine? Wobec niego też odczuwała dziwną posesywność, choć ta przez lata zdążyła nabrać innego charakteru, tak jak jej miłość. O Atreusa nie potrafiła być jednak zazdrosna w ten sam sposób – zbyt wiele znała kobiet, które przez lata przewinęły się przez jego łóżko – zarówno on jak i Otto przyzwyczaili ją do tego, żeby nie brać zbyt wielu rzeczy na poważnie, kiedy rozchodziło się o relacje damsko-męskie.
A jednak... Stał tak blisko Maeve – za blisko, oceniła, wyobrażając sobie, jak łatwo mogłaby zniknąć dzieląca ich przestrzeń, gdyby życzyła sobie tego Chang: Lorraine czuła, jak miękną jej kolana, na samo wspomnienie drapieżnego błysku w oczach ukochanej, błysku, który tak kochała – kiedyś byli ze sobą jeszcze bliżej, pomyślała chłodno, odwracając wzrok. To nie wystarczyło, by pozbyć się sugestywnych obrazów spod powiek. Wyglądali tak dobrze razem. Odwróciła głowę. Jedno spojrzenie Lorraine i kelner pojawił się u jej boku. Zawahanie wiły nie mogło trwać dłużej niż chwilę. Aura mieniła się czerwienią, ale twarz Lorraine pozostała doskonale obojętna. Z wdzięcznym, bardzo poprawnym uśmiechem przyjęła oferowany kieliszek wina.
Obróciła go w ręku z zamyśleniem.
Próbowała pozbyć się wizji omdlewającej z rozkoszy Maeve opierającej się o pierś Atreusa. Próbowała nie myśleć o własnych palcach zaplątanych pożądliwie we włosy obojga. O tym jak łatwo byłoby ich sprowokować – nie potrzebowała legilimencji, by poznać ich pragnienia, nie potrzebowała mocy wiły, by wkraść się do ich serc, udowadniała sobie, ogarnięta desperackim pragnieniem bycia otoczoną przez znajome ramiona – wystarczyłoby rzucić wyzwanie z kapryśną manierą kokietki i uśmiechnąć w odpowiedni sposób, tak, jak to zawsze robiła.
Objęć wiły nie dało się tak łatwo zapomnieć. Dlaczego więc zapomnieli, pomyślała gniewnie, ruszając w stronę Maeve i Atreusa z wygłodniałymi oczami, powinnam im przypomnieć, co potrafi moja miłość?
Miała kiedyś jedno i drugie, ale nigdy obojga naraz.
rolluje na wiłę why not: liczę na porażkę, bo chcę efekt, żeby ludzie się przede mną dramatycznie rozstępywali
Nieobcy był Selwynowi słowny fechtunek: zgrabnie wybrnął z przyjacielskiej potyczki – równie zgrabnie, co stawiał kolejne kroki na parkiecie – obracali się w tańcu jak dwójka szermierzy, w udawanej walce na śmierć i życie, skrywając twarze i intencje za wymyślnymi maskami. Chowasz się za dwuznacznymi manieryzmami, wypominał jej oskarżycielsko Atreus, i miał rację – nie wątpiła nigdy, że walczy bronią obosieczną – ale Lorraine niejako nauczyła się odnajdywać spełnienie w tym tańcu pozorów.
Nikt nie musiał znać prawdziwej Lorraine Malfoy – ważne, że ona wiedziała, kim jest.
Uświadomiła to sobie patrząc na mieniącą się niczym pryzmat w promieniach słońca twarz Maeve – Maeve, którą kochała bez względu na to, jaką postać zdecydowała się przybrać danego dnia – Maeve, którą kochała bez konieczności definiowania: definiować znaczyłoby ograniczać, a ona czuła się wolna tylko u boku Maeve Chang.
Nie po to człowiek ma wiele różnych oblicz, by wybierać tą ulubioną, bo przecież to tylko ich mieszanina tworzy go w całości.
Choć żałowała, że nie ma u swojego boku ukochanej metamorfogini, cieszyła się, że ta nie widzi teraz jej twarzy.
– Ja to wiem – palce Lorraine przebiegły figlarnie po ramieniu Jonathana – pan to wie – jej oddech omiótł jego ucho – ale nikt inny nie musi wiedzieć. – Odsunęła się zaraz na stosowną odległość, tak samo nieoczekiwanie, jak się do niego zbliżyła; tak, jak gdyby to, co przed chwilą powiedziała, w ogóle nie miało miejsca. Uśmiech wiły był nieprzenikniony. – Wizerunek półnagiego celebryty może być niesmaczną sensacją. Ale negliż emocjonalny – zawiesiła na chwilę głos – zakrawa już o obsceniczność, drogi panie Selwyn.
Nagle znów był sierpień – z jakiegoś powodu to zawsze jest sierpień, stwierdziła martwo, sunąc po parkiecie z senną gracją – sierpień, miesiąc żniw i bezlitośnie zarżniętych złudzeń, sierpień, kiedy wieczorami niebo spływa krwawą posoką dogorywającego lata, uśmiechnęła się nieprzytomnie. Nagle znów był sierpień, ale sierpień sześć lat temu, żar lał się z nieba, a dookoła rozbrzmiewało widmowe echo Wyspy Umarłych Rachmaninowa. Upiorne dźwięki fortepianu – to żałoba grała na strunach jej serca – ścigały Lorraine aż do biblioteki, gdzie na wpół omdlałą znalazł ją Anthony. Wtedy to z nim oddała się podobnym rozważaniom. Wtedy to jemu cytowała Szekspira. Wtedy to o jego ramię wspierała się, zafascynowana rozmową.
Wtedy wiele by dała, by móc przywdziać czerń, by zapomnieć się w żałobie po śmierci macochy: teraz mogła zapomnieć się w tańcu i głębokiej czerni męskich oczu.
– Od Henryka podbijającego francuską ziemię wolę Henryka, który próbuje podbić francuskie serce Katarzyny de Valois. – Konspiracyjnie ściszyła głos, jak sufler podpowiadający aktorowi zapomnianą kwestię, choć oboje już dawno odbiegli od właściwego tekstu sztuki, oddając się flirciarskiej improwizacji. Nie, Jonathan ani trochę nie pomylił się w ocenie Lorraine. – Zwycięski król, uzbrojony jedynie w łamaną francuszczyznę, ostatnią – najważniejszą – z bitew musi stoczyć sam: nawet majestat władcy musi się ukorzyć pod słodkim jarzmem miłości.
Jest wspaniale, stwierdziła, przymykając w rozmarzeniu oczy, kiedy Jonathan obrócił nią gwałtownie, narzucając tańcu szybsze tempo. Tango – nie taniec, tylko nieprzyzwoita krotochwila wywodzącą się z domów uciechy – niegdyś zakazane na salonach, uznane za niegodne eleganckich elit: zbyt frywolne, zbyt intymne, zbyt zmysłowe. Lorraine odchyliła sensualnie szyję, odrzucając do tyłu swoje długie włosy. Czuła na sobie ciekawskie spojrzenia gości zasiadających przy stołach, ale zignorowała je, oddając się muzyce. Wieczory takie jak ten przypominały Lorraine, że z urodzenia i wychowania jest – i zawsze będzie – Malfoy. Wieczory takie jak ten prawie pozwalały zapomnieć, że to dumnie brzmiące nazwisko było jedynym, czym mogła się poszczycić.
Wolałaby umrzeć w najgorszym ze ścieków Nokturnu, niż nurzać się codziennie w tym arystokratycznym szambie.
– Nie wiem, komu przyznać laur zwycięzcy w konkursie tanecznym, więc ucieknę, zanim pan i pan Shafiq porwiecie mnie do rewanżu: boję się zresztą, że orkierstra opadła już z sił – Na jej twarz szybko powrócił wyraz uprzejmego znudzenia – do cna wystudiowanego – kiedy zobaczyła, że na salę wjeżdża tort, bezczelnie przerywając im taniec. Cóż, najlepszy jest niedosyt. – Dziękuję za taniec, panie Selwyn.
Lorraine błyszczała.
Kiedy Jonathan omiótł ją swym spojrzeniem, mógł zobaczyć czerwień, czerwoną mgławicę inkrustowaną tysiącami błędnych gwiazd: patrz na mnie, zdawała się szeptać intoksykująca czerwień, połyskująca nadnaturalnym blaskiem, nie waż się odwracać oczu, żądała kapryśnie. Patrz na mnie – tylko na mnie. Ale roziskrzony czar półwiły był jedynie fasadą, nie mogącym równać się z feerią barw tuż pod powierzchnią. Migocząca kaskada tajonych uczuć, głęboko skrywanych marzeń i snów – emocje, których nie mogła – nie chciała – nie potrafiła pokazać – zmieniające się niczym w kalejdoskopie, wszystkie tak przerażająco intensywne, wszystkie tak desperacko żywe, próbujące wyrwać się z okowów wątłego ciała wiły. Odcienie czerwieni mieszały się ze sobą w aurze Lorraine jak róże we wcześniej krytykowanych przez nią weselnych bukietach: szkarłatne namiętności rozkwitały niczym kamelie, karmazynowe maki prężyły się raz to w lekkodusznej radości, raz to w grobowej zadumie, burgundowe dalie uosabiały gniew, zazdrość i porywczość, zaś rubinowe storczyki… Och, Jonathan nie mógł mieć wątpliwości, po tym jak doświadczył tej oślepiającej łuny czerwieni. Miłość była we wszystkim co robiła Lorraine. Wysycała każdą jej myśl, przenikała każdy gest. Patrz na mnie – śmiała się głośno i buńczucznie. Kochaj mnie – modliła się, bezgłośnym szeptem.
***
TW: eating pussy and dick disorder
Kiedy Lorraine dostrzegła w oddali Maeve, jej aura gwałtownie rozbłysła, jaśniejąc dumnym blaskiem. Kiedy dostrzegła Atreusa, również zamigotała czule – choć pojawiło się w niej więcej ciemnych odcieni, symbolizujących nieufność. Kiedy zrozumiała, że musieli przyjść na wesele razem, czerwień aury zaczęła kłębić się jednak niczym wzburzone morze – zafalowała gwałtownie, iskrząc pianą. Lorraine była jak syrena wyrzucona na brzeg: z cudownym śpiewem zamarłym na ustach, z bezużytecznymi nogami – które drżały, nie mogąc postąpić choćby kroku – i smakiem soli na języku, który zamiast przypominać o utraconym domu, powodował mdłości.
Miała ochotę zwymiotować swoje serce.
W zamian zjadłaby serce Atreusa. Wyrwałaby mu je z piersi tymi samymi rękoma, którymi niegdyś dotykała go, przepełniona miłością – tymi samymi rękoma, którymi wielbiła z rewerencją Maeve – tymi samymi rękoma, którymi zawsze potrafiła wyrazić więcej niż słowami. Spojrzenie Lorraine mendrowało po twarzy Maeve, nieco dłużej zatrzymując się na jej oczach i ustach – jak gdyby chciała zlizać z warg kobiety wspomnienie roszącego je alkoholu – oczach i ustach, które należały do Lorraine, tak jak dłonie wiły należały do Maeve.
Nie, nie była zazdrosna. Nie mogła być zazdrosna.
Kim zresztą była, by zabraniać czegoś ukochanej? Sama krążyła nieustannie między jej sypialnią a łóżkiem Otto. Maeve mogła być kim chciała, i mieć kogo chciała – to wydawało się Lorraine naturalne, zresztą, zawsze fascynowało ją, że Chang potrafi czerpać z życia garściami – lubię na ciebie patrzeć, kiedy bawisz się swoim darem, mówiła, wtulając się pod ramię metamorfogini, wyglądasz wtedy tak, jakbyś odkrywała w sobie coś nowego, wyglądasz tak, jakbyś błyszczała.
Nie, Lorraine nie była zazdrosna, Lorraine była chciwa. Czasem po prostu chciała mieć Maeve tylko dla siebie. Chciała zwymiotować i zjeść cudze serce, bo jej własne nie wystarczyłoby, by pomieścić ogrom uczucia, skonstatowała w bulimicznym paroksyzmie, wyobrażając sobie z lubością, jak wsadza palce do gardła, szkoda, że swoje własne, nie palce kochanki, pomyślała, a wstyd zabarwił jej policzki rumieńcem. Wszystkie swoje uczucia zdążyła już rozgryźć – przemielić w zracjonalizowaną papkę, której nie śmiała przecież przełknąć – była tak miłosierna i wybaczająca jak sama Matka, więc wypluła ją, na boską modłę, ledwie poczuła smak na języku. Zawsze ten głód – ten przeklęty głód – głód, jej constans, jej puls, sens jej istnienia: Lorraine była głodna, Lorraine musiała być głodna – nie patrzyła na tort, na tony lukru i ozdób, na fikuśne talerzyki, na których został podany gościom, jeszcze chwila i się zrzygam, pomyślała spokojnie – wystarczyły okruchy miłości. Tyle jej się należało. Na tyle mogła sobie pozwolić.
Nie mogła być zazdrosna, ani o Maeve, ani o Atreusa. Kochała już i tak zbyt mocno.
To zresztą prawie nie bodło jej próżności, kiedy w grę wchodzili mężczyźni – z kobietami zawsze mimowolnie się porównywała, ale płeć brzydsza nie była konkurencją – tylko że ze wszystkich mężczyzn na świecie trafiło na Atreusa. Atreusa, który nie dość, że kochał Lorraine pierwszy – zanim ona sama wiedziała, czym w ogóle jest miłość – musiał też kochać Maeve pierwszy, mógł ją mieć tylko dla siebie, wstrętny szuler, lawirujący na peryferiach serc, pomyślała, patrząc na dłonie Bulstrode’a. Wyobrażała sobie jak suną po wysmukłych nogach Maeve by sięgnąć między jej uda. Kiedy dotykał Maeve – czy dotykał ją tak czule, jak robiła to Lorraine? – czy kochał ją tak dobrze, jak kochała ją Lorraine? Jakim był dla niej kochankiem? Innym niż dla Lorraine? Wobec niego też odczuwała dziwną posesywność, choć ta przez lata zdążyła nabrać innego charakteru, tak jak jej miłość. O Atreusa nie potrafiła być jednak zazdrosna w ten sam sposób – zbyt wiele znała kobiet, które przez lata przewinęły się przez jego łóżko – zarówno on jak i Otto przyzwyczaili ją do tego, żeby nie brać zbyt wielu rzeczy na poważnie, kiedy rozchodziło się o relacje damsko-męskie.
A jednak... Stał tak blisko Maeve – za blisko, oceniła, wyobrażając sobie, jak łatwo mogłaby zniknąć dzieląca ich przestrzeń, gdyby życzyła sobie tego Chang: Lorraine czuła, jak miękną jej kolana, na samo wspomnienie drapieżnego błysku w oczach ukochanej, błysku, który tak kochała – kiedyś byli ze sobą jeszcze bliżej, pomyślała chłodno, odwracając wzrok. To nie wystarczyło, by pozbyć się sugestywnych obrazów spod powiek. Wyglądali tak dobrze razem. Odwróciła głowę. Jedno spojrzenie Lorraine i kelner pojawił się u jej boku. Zawahanie wiły nie mogło trwać dłużej niż chwilę. Aura mieniła się czerwienią, ale twarz Lorraine pozostała doskonale obojętna. Z wdzięcznym, bardzo poprawnym uśmiechem przyjęła oferowany kieliszek wina.
Obróciła go w ręku z zamyśleniem.
Próbowała pozbyć się wizji omdlewającej z rozkoszy Maeve opierającej się o pierś Atreusa. Próbowała nie myśleć o własnych palcach zaplątanych pożądliwie we włosy obojga. O tym jak łatwo byłoby ich sprowokować – nie potrzebowała legilimencji, by poznać ich pragnienia, nie potrzebowała mocy wiły, by wkraść się do ich serc, udowadniała sobie, ogarnięta desperackim pragnieniem bycia otoczoną przez znajome ramiona – wystarczyłoby rzucić wyzwanie z kapryśną manierą kokietki i uśmiechnąć w odpowiedni sposób, tak, jak to zawsze robiła.
Objęć wiły nie dało się tak łatwo zapomnieć. Dlaczego więc zapomnieli, pomyślała gniewnie, ruszając w stronę Maeve i Atreusa z wygłodniałymi oczami, powinnam im przypomnieć, co potrafi moja miłość?
Miała kiedyś jedno i drugie, ale nigdy obojga naraz.
rolluje na wiłę why not: liczę na porażkę, bo chcę efekt, żeby ludzie się przede mną dramatycznie rozstępywali
Rzut Z 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Postacie opuszczają sesję
Lorraine Malfoy, Maeve Chang i Atreus Bulstrode