21.07.2024, 14:48 ✶
– Jasne, w razie czego wypiszę ci adresy – przytaknęła. Był Thomas Figg, wprawiony nie tylko w klątwołamaniu, ale i w pieczętowaniu, była Alethea Crouch, która łamała starożytne klątwy, był Basilius Prewett, który ściągnął z niej przekleństwo, które zasadniczo w Anglii nie miało prawa zaistnieć. O Florence zaledwie słyszała, chociaż raczej ich drogi nie stykały się ze sobą. Ktoś z nich musiał poradzić sobie, jeśli faktycznie pozostałaby tutaj jakaś magia. Równie dobrze mógł to być jednak jakiś przedmiot, albo coś jeszcze innego. Zaraz jednak myśl o tych wszystkich nazwiskach pierzchła z jej głowy, bo Brenna skupiła się za podążaniem za źródłem hałasu.
– Tori… tam chyba coś się rusza – mruknęła, kiedy zatrzymały się przy klatce wentylacyjnej. – Rzuć może na wszelki wypadek wcześniej tarczę? – poprosiła.
Jak na kogoś, kto lubił nagle zaciągnąć kogoś na spacer do Zakazanego Lasu i pchał się na główkę w różne sytuacje, miała skłonności do nieomal paranoicznego dbania o bezpieczeństwo, gdy tylko było to możliwe. Mogło to równie dobrze być jednym z tych dziwniejszych elementów jej osobowości, jak i towarzyszącą od dawna myślą, że bardzo łatwo nieostrożność może doprowadzić do śmierci ludzi, których kochała.
Thoran Yaxley udowodnił już, że jest popierdolony i wszystko, co w ciągu ostatniej doby zobaczyła oraz usłyszała, zaczęło pchać ją ku myśli, że wpadł albo w jakieś wielkie kłopoty, albo sięgał po czarną magię. W tej klatce wentylacyjnej mogło tkwić… właściwie wszystko. Bardzo nie chciała, by coś jebnęło Vice prosto w twarz.
A potem pochyliła się, by zgodnie z prośbą posadzić Lestrange. Na całe szczęście Victoria nie ważyła za wiele, a z kolei Brenna nie tylko była wysoka, ale też jak przystało na kogoś, kto nie umiał usiedzieć dłużej w miejscu, siły miała całkiem sporo, zdołała więc pomóc aurorce dostać się na odpowiednią wysokość. Tak, by mogła zajrzeć do środka.
I dostrzec, że coś tam było…
…a może ktoś?
Victoria spojrzała wprost w okrągłe, rozszalałe, przepełnione nienawiścią oczy. Można my pomyśleć w pierwszej sekundzie, że to człowiek, ale zaraz pojęła, że ludzie tak nie wyglądają – ukrył się tu cholerny poltergeist!
Chociaż czy na pewno się ukrył…?
Sznury, prawdopodobnie zaklęte, skoro utrzymały go w miejscu, oplatały istotę niczym sznurki wędzone mięso. W ustach też coś tkwiło, zapewne miało powstrzymać go przed odezwaniem się i powiadomieniem Victorii, że tutaj tkwi. Ktoś zamknął w jej mieszkaniu poltergeista?
– I? – spytała Brenna.
– Tori… tam chyba coś się rusza – mruknęła, kiedy zatrzymały się przy klatce wentylacyjnej. – Rzuć może na wszelki wypadek wcześniej tarczę? – poprosiła.
Jak na kogoś, kto lubił nagle zaciągnąć kogoś na spacer do Zakazanego Lasu i pchał się na główkę w różne sytuacje, miała skłonności do nieomal paranoicznego dbania o bezpieczeństwo, gdy tylko było to możliwe. Mogło to równie dobrze być jednym z tych dziwniejszych elementów jej osobowości, jak i towarzyszącą od dawna myślą, że bardzo łatwo nieostrożność może doprowadzić do śmierci ludzi, których kochała.
Thoran Yaxley udowodnił już, że jest popierdolony i wszystko, co w ciągu ostatniej doby zobaczyła oraz usłyszała, zaczęło pchać ją ku myśli, że wpadł albo w jakieś wielkie kłopoty, albo sięgał po czarną magię. W tej klatce wentylacyjnej mogło tkwić… właściwie wszystko. Bardzo nie chciała, by coś jebnęło Vice prosto w twarz.
A potem pochyliła się, by zgodnie z prośbą posadzić Lestrange. Na całe szczęście Victoria nie ważyła za wiele, a z kolei Brenna nie tylko była wysoka, ale też jak przystało na kogoś, kto nie umiał usiedzieć dłużej w miejscu, siły miała całkiem sporo, zdołała więc pomóc aurorce dostać się na odpowiednią wysokość. Tak, by mogła zajrzeć do środka.
I dostrzec, że coś tam było…
…a może ktoś?
Victoria spojrzała wprost w okrągłe, rozszalałe, przepełnione nienawiścią oczy. Można my pomyśleć w pierwszej sekundzie, że to człowiek, ale zaraz pojęła, że ludzie tak nie wyglądają – ukrył się tu cholerny poltergeist!
Chociaż czy na pewno się ukrył…?
Sznury, prawdopodobnie zaklęte, skoro utrzymały go w miejscu, oplatały istotę niczym sznurki wędzone mięso. W ustach też coś tkwiło, zapewne miało powstrzymać go przed odezwaniem się i powiadomieniem Victorii, że tutaj tkwi. Ktoś zamknął w jej mieszkaniu poltergeista?
– I? – spytała Brenna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.