21.07.2024, 15:52 ✶
Charlie był głupcem. Naiwnym, lekkomyślnym głupcem, który za nic miał swoje życie. Słyszał, że w tej nędznej szkole, Hogwarcie, są cztery domy i członkowie jednego z nich, Gryffindoru, często przejawiali podobną odwagę, która równa była nierzadko głupocie. Bo jak inaczej można nazwać było fakt, że udał się na spotkanie z kimś, kto wysłał mu pokrwawiony list i zaprosił w dość niecodzienne miejsce? Mulciber prosił się o śmierć.
I mimo wszystkich czerwonych flag, które powiewały na wietrze jak sztandary na drodze życia Charlesa Mulcibera, to ten parł do przodu, najpierw przez klatkę schodową, a potem wyżej, aż do drzwi. BM zgadzało się z Baldwinem Malfoyem. Malfoy zgadzało się z nazwiskiem matki, a więc ten tajemniczy adresat był dalekim kuzynem. A może to wszystko to tylko farsa, która miała go tu zwabić?
Puk, puk i drzwi otworzyły się, ukazując... czarodzieja. Nieco roztrzepanego, nieco pobrudzonego, lecz nie takiego, który miałby wydawać się groźny. Charlie nie miał przy sobie różdżki, ale i też jej nie potrzebował. Mógł się bronić, jeśli tego wymagała sytuacja, ale najwyraźniej nie potrzebował i tego.
- Dzień dobry? - Przywitał się niepewnie, słysząc swoje nazwisko. Baldwin go rozpoznał. To dobrze, czy wręcz przeciwnie? Niepewna mina Charlesa mówiła więcej niż tysiąc słów.
Bardziej szokująca, niż sama osoba Baldwina, wydawała się Linda. Stworzenie nie przypominało szczura. Charlesowi skojarzyło się z małą świnką, może nawet borsukiem. Odskoczył, by gryzoń mógł przebiec między ich nogami bez przeszkód.
- Co to?! - Wydał z siebie zduszony okrzyk. - Jak to, kocięta?!
Szok nie pozwolił mu zastanowić się nad tym, co robił dalej. Nogi same poniosły go do wnętrza i nie miał pojęcia, czemu ktoś jeszcze nie posprzątał po tej bombardzie, która z pewnością wybuchła na środku pokoju. Wszystko było wszędzie i Charlie poczuł, że zaczyna go mdlić od tego bałaganu.
- Ja... pomyliłem domy. - Spróbował słabo wykaraskać się z problemu, w który sam wkroczył. - Dziękuję za gościnę, już pójdę!
I mimo wszystkich czerwonych flag, które powiewały na wietrze jak sztandary na drodze życia Charlesa Mulcibera, to ten parł do przodu, najpierw przez klatkę schodową, a potem wyżej, aż do drzwi. BM zgadzało się z Baldwinem Malfoyem. Malfoy zgadzało się z nazwiskiem matki, a więc ten tajemniczy adresat był dalekim kuzynem. A może to wszystko to tylko farsa, która miała go tu zwabić?
Puk, puk i drzwi otworzyły się, ukazując... czarodzieja. Nieco roztrzepanego, nieco pobrudzonego, lecz nie takiego, który miałby wydawać się groźny. Charlie nie miał przy sobie różdżki, ale i też jej nie potrzebował. Mógł się bronić, jeśli tego wymagała sytuacja, ale najwyraźniej nie potrzebował i tego.
- Dzień dobry? - Przywitał się niepewnie, słysząc swoje nazwisko. Baldwin go rozpoznał. To dobrze, czy wręcz przeciwnie? Niepewna mina Charlesa mówiła więcej niż tysiąc słów.
Bardziej szokująca, niż sama osoba Baldwina, wydawała się Linda. Stworzenie nie przypominało szczura. Charlesowi skojarzyło się z małą świnką, może nawet borsukiem. Odskoczył, by gryzoń mógł przebiec między ich nogami bez przeszkód.
- Co to?! - Wydał z siebie zduszony okrzyk. - Jak to, kocięta?!
Szok nie pozwolił mu zastanowić się nad tym, co robił dalej. Nogi same poniosły go do wnętrza i nie miał pojęcia, czemu ktoś jeszcze nie posprzątał po tej bombardzie, która z pewnością wybuchła na środku pokoju. Wszystko było wszędzie i Charlie poczuł, że zaczyna go mdlić od tego bałaganu.
- Ja... pomyliłem domy. - Spróbował słabo wykaraskać się z problemu, w który sam wkroczył. - Dziękuję za gościnę, już pójdę!