21.07.2024, 16:19 ✶
– Powiedziałabym, że mordował wzrokiem ciebie – stwierdziła, dość obojętnie, nie odwracając spojrzenia ku dziedzicowi Borgiani, może dlatego, że nie chciała, by się domyślił, że o nim rozmawiają. – Nie martw się o niego, potem będzie miał dość czasu, jeśli faktycznie chciałby ze mną rozmawiać, nie musisz porzucać szacownego kasztelana, by ustąpić chłopakowi miejsca – skwitowała, zbywając to machnięciem ręki. Jakby nie miało znaczenia.
Może faktycznie nie miało. Nie na dzisiejszej uczcie przynajmniej.
Gry.
Nie umiała nawet powiedzieć, czy ich nie cierpi, czy za nimi przepada – były czymś, czego po prostu musiała się nauczyć. Jeśli chciała przetrwać i, przede wszystkim, jeśli chciała, by bezpieczni byli jej bliscy. By z pleców Pięknego Erika, do którego wzdychały wszystkie damy w tym królestwie, gdy on bardzo często ochraniał nocą komnaty lorda Anthony’ego, nie wyrósł nóż. By królewna Nora bezpiecznie kiedyś zasiadła na tronie swojej matki, jako królowa, a nie marionetkowa władczyni, kukiełka w cudzych rękach. Z wielu różnych powodów, z których większość miała konkretne imiona i twarze.
Nie dziwiła się, że Atreus tego wszystkiego tak nie cierpiał.
Uśmiechnęła się tylko, nieco cierpko, na ten komentarz o oczach: jakby oczy wystarczyły, by zobaczyć aurę człowieka, nie mówiąc już o zajrzeniu do serca. Jego też niestety, nigdy do końca nie potrafiła przejrzeć – powiedziałaby, że jest człowiekiem, który zawsze chciał więcej, który chętnie kierował się ambicją i własnymi pragnieniami, ale czasem te zwodziły go na manowce, a czasem sam nie był pewien, czego właściwie pragnie. Ale ile było prawdy w tej diagnozie? Mogła być bezczelna, nawet jak na czarodziejkę, ale nie na tyle, by uzurpować sobie tutaj trafność osądu.
– Myślę, że królowa nie może ignorować swoich doradców, którym bardzo zależy, by władzę wreszcie, jak tradycja nakazuje… przejął mężczyzna – powiedziała, bardzo cicho, przez moment z bardzo kwaśnym wyrazem twarzy, a przecież i to było odpowiedzią dyplomatyczną. Nie uwzględniającą tego, że gadzi słudzy Wężowego Pana mogli pełzać i po tych korytarzach, że niejedna osoba w królestwie została kupiona złotem Malfoyów, a inna zastraszona, i że być może łatwiej było ulec tej presji, skoro i tak królewna musiała wyjść za kogoś za mąż. I skoro ten oblubieniec był przynajmniej bogaty: bogatszy od królowej nawet, i od wszystkich innych kandydatów, którzy mogliby ubiegać się o rękę dziewczyny. – Dobrze, znudziłbyś się siedząc na tronie, gdybyś dostał jej rękę i pół królestwa – skwitowała po prostu. Czyli zaiste: królowa spodziewała się kłopotów i zatrudniła go, by na nie zaradził, jakby w obawie, że jej właśni rycerze mogą nie sprostać wyzwaniu. Nie było to zaskakujące, bo i spodziewała się, że sprowadzały go tu nie żadne przeznaczenie, a pieniądze i własny interes. Nie potępiała tego, zwłaszcza, że nie udawał przynajmniej, że jest inaczej.
Przecież ona też była na tym zamku ze względu na własne interesy, nawet jeżeli te pojmowała we własny sposób.
- Erlenwald - wymamrotał kasztelan u boku Atreusa, na tyle głośno, że ten mógł usłyszeć jego mamrotania. - Herbu głowy niedźwiedzia, otoczonej pnączami, na tle jasnozielonym.
Szepty narastały z każdą chwilą, zarówno z powodu niecodzienności żądania, jak i pochodzenia przybysza. Jak w ich królestwie rozkwitały zaczarowane jabłonie, tak Erlenwald był krainą magicznych lasów i mówiących drzew.
- I ośmielasz się stać tutaj, domagać, bym oddała córkę przybłędzie?!
- Wieczystej przysięgi nie wolno złamać, królowo. Nie zabierze już życia króla, ale jej niedotrzymanie wciąż może sprowadzić nieszczęście na królewnę Norę.
Znów zaszemrało w sali: niejeden zdawał sobie sprawę z powagi wieczystej przysięgi, nawet jeżeli niektórzy wkładali jej magiczną moc pomiędzy bajki.
Brenna słuchała każdego słowa, które padało, ale nie patrzyła na człowieka w zbroi, nie patrzyła nawet na królową. Wodziła wzrokiem po biesiadnikach: szukając w ich twarzach zaskoczenia, ciekawości albo... ich braku. Och, królowa spodziewała się czegoś, bez wątpienia, i oto dlaczego sprowadziła tu Atreusa. Lucjusz? Nie zdawał się ani trochę zaskoczony, podobnie jak Albus i Morpheus. Ten pierwszy zawsze wszystko wiedział, ten drugi, być może, znalazł odpowiedź gdzieś w gwiazdach. On z pewnością wierzył w przeznaczenie.
I Brenna pomyślała, że Niedźwiedź nie przeszedłby bez walki obok wszystkich zamkowych wart: że Alastor musiał go przepuścić.
A Nora wciąż stała z opuszczoną głową, nieruchoma jak posąg. Ani na moment nie podniosła głowy.
- Zdjąć mu ten hełm - rozkazał nagle Lucjusz, i czterech jego rycerzy, siedzących na samych brzegach stołu, poderwano się na polecenie. Niedźwiedź wydał z siebie dźwięk przypominającym warkot: powalił pierwszego napastnika ciosem mocarnej pięści, odepchnął drugiego, tak że poleciał na trzeciego z rycerzy. Czwarty zdołał jednak dopaść przybysza, o chociaż i on nie umknął przed uderzeniem, wcześniej zdarł hełm z głowy mężczyzny, a w sali rozległy się okrzyki przestrachu i zaskoczenia. Bo pod hełmem nie kryło się ludzkie oblicze, a zwierzęca głowa.
- Potwór chce porwać moje dziecko! Zgaście jego życie! Panie z Czwororogu, czyń swoją powinność!
Może faktycznie nie miało. Nie na dzisiejszej uczcie przynajmniej.
Gry.
Nie umiała nawet powiedzieć, czy ich nie cierpi, czy za nimi przepada – były czymś, czego po prostu musiała się nauczyć. Jeśli chciała przetrwać i, przede wszystkim, jeśli chciała, by bezpieczni byli jej bliscy. By z pleców Pięknego Erika, do którego wzdychały wszystkie damy w tym królestwie, gdy on bardzo często ochraniał nocą komnaty lorda Anthony’ego, nie wyrósł nóż. By królewna Nora bezpiecznie kiedyś zasiadła na tronie swojej matki, jako królowa, a nie marionetkowa władczyni, kukiełka w cudzych rękach. Z wielu różnych powodów, z których większość miała konkretne imiona i twarze.
Nie dziwiła się, że Atreus tego wszystkiego tak nie cierpiał.
Uśmiechnęła się tylko, nieco cierpko, na ten komentarz o oczach: jakby oczy wystarczyły, by zobaczyć aurę człowieka, nie mówiąc już o zajrzeniu do serca. Jego też niestety, nigdy do końca nie potrafiła przejrzeć – powiedziałaby, że jest człowiekiem, który zawsze chciał więcej, który chętnie kierował się ambicją i własnymi pragnieniami, ale czasem te zwodziły go na manowce, a czasem sam nie był pewien, czego właściwie pragnie. Ale ile było prawdy w tej diagnozie? Mogła być bezczelna, nawet jak na czarodziejkę, ale nie na tyle, by uzurpować sobie tutaj trafność osądu.
– Myślę, że królowa nie może ignorować swoich doradców, którym bardzo zależy, by władzę wreszcie, jak tradycja nakazuje… przejął mężczyzna – powiedziała, bardzo cicho, przez moment z bardzo kwaśnym wyrazem twarzy, a przecież i to było odpowiedzią dyplomatyczną. Nie uwzględniającą tego, że gadzi słudzy Wężowego Pana mogli pełzać i po tych korytarzach, że niejedna osoba w królestwie została kupiona złotem Malfoyów, a inna zastraszona, i że być może łatwiej było ulec tej presji, skoro i tak królewna musiała wyjść za kogoś za mąż. I skoro ten oblubieniec był przynajmniej bogaty: bogatszy od królowej nawet, i od wszystkich innych kandydatów, którzy mogliby ubiegać się o rękę dziewczyny. – Dobrze, znudziłbyś się siedząc na tronie, gdybyś dostał jej rękę i pół królestwa – skwitowała po prostu. Czyli zaiste: królowa spodziewała się kłopotów i zatrudniła go, by na nie zaradził, jakby w obawie, że jej właśni rycerze mogą nie sprostać wyzwaniu. Nie było to zaskakujące, bo i spodziewała się, że sprowadzały go tu nie żadne przeznaczenie, a pieniądze i własny interes. Nie potępiała tego, zwłaszcza, że nie udawał przynajmniej, że jest inaczej.
Przecież ona też była na tym zamku ze względu na własne interesy, nawet jeżeli te pojmowała we własny sposób.
- Erlenwald - wymamrotał kasztelan u boku Atreusa, na tyle głośno, że ten mógł usłyszeć jego mamrotania. - Herbu głowy niedźwiedzia, otoczonej pnączami, na tle jasnozielonym.
Szepty narastały z każdą chwilą, zarówno z powodu niecodzienności żądania, jak i pochodzenia przybysza. Jak w ich królestwie rozkwitały zaczarowane jabłonie, tak Erlenwald był krainą magicznych lasów i mówiących drzew.
- I ośmielasz się stać tutaj, domagać, bym oddała córkę przybłędzie?!
- Wieczystej przysięgi nie wolno złamać, królowo. Nie zabierze już życia króla, ale jej niedotrzymanie wciąż może sprowadzić nieszczęście na królewnę Norę.
Znów zaszemrało w sali: niejeden zdawał sobie sprawę z powagi wieczystej przysięgi, nawet jeżeli niektórzy wkładali jej magiczną moc pomiędzy bajki.
Brenna słuchała każdego słowa, które padało, ale nie patrzyła na człowieka w zbroi, nie patrzyła nawet na królową. Wodziła wzrokiem po biesiadnikach: szukając w ich twarzach zaskoczenia, ciekawości albo... ich braku. Och, królowa spodziewała się czegoś, bez wątpienia, i oto dlaczego sprowadziła tu Atreusa. Lucjusz? Nie zdawał się ani trochę zaskoczony, podobnie jak Albus i Morpheus. Ten pierwszy zawsze wszystko wiedział, ten drugi, być może, znalazł odpowiedź gdzieś w gwiazdach. On z pewnością wierzył w przeznaczenie.
I Brenna pomyślała, że Niedźwiedź nie przeszedłby bez walki obok wszystkich zamkowych wart: że Alastor musiał go przepuścić.
A Nora wciąż stała z opuszczoną głową, nieruchoma jak posąg. Ani na moment nie podniosła głowy.
- Zdjąć mu ten hełm - rozkazał nagle Lucjusz, i czterech jego rycerzy, siedzących na samych brzegach stołu, poderwano się na polecenie. Niedźwiedź wydał z siebie dźwięk przypominającym warkot: powalił pierwszego napastnika ciosem mocarnej pięści, odepchnął drugiego, tak że poleciał na trzeciego z rycerzy. Czwarty zdołał jednak dopaść przybysza, o chociaż i on nie umknął przed uderzeniem, wcześniej zdarł hełm z głowy mężczyzny, a w sali rozległy się okrzyki przestrachu i zaskoczenia. Bo pod hełmem nie kryło się ludzkie oblicze, a zwierzęca głowa.
- Potwór chce porwać moje dziecko! Zgaście jego życie! Panie z Czwororogu, czyń swoją powinność!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.