Choć śmierci się nie obawiał, nie chciał jeszcze skracać sobie życia, chcąc jak najlepiej i jak najwięcej wiedzy posiąść z dziedziny nekromancji i życia pozaziemskiego. Rozwijanie swoich umiejętności w jednym temacie, zachęcało do sięgnięcia po kolejny, gdzie informacje i zapiski łączyły się w jakiś sposób ze sobą.
Czy Nicholas miał marzenia? Miał cele. Do nich dążył. Dla nich się starał. Nie to, czym się zajmuje, dla kogo pracuje, stanowiło problem dożycia wieku emerytalnego, ale jego choroba.
- Blackowie popełniliby najpewniej zbrodnię stulecia, gdyby zaprosili na swoje wesele szlamy. Nie tańczyłbym, tak swoją drogą. Z kimkolwiek przyszłoby mi to uczynić, lub zostałbym do tego zmuszony.Zaznaczył tutaj jedną rzecz, że nie lubił robić z siebie parkietowego pośmiewiska. Zwracania na siebie uwagi. Nawet jeżeli to był taniec. Uczony w szkole, przez rodzinę, umiał się wycofać na uroczystościach związanych tańcem.
Rodolphus miał rację w tym, że na weselu Blacków nie zwracałby na siebie uwagi, będąc odzianym w czerń. Siedząc gdzieś na końcu przy stoliku, udając, że się nie istnieje. Być obserwatorem z oddali. Według Traversa, wystarczyło że szedł tam już Rodolphus. Wierzył, że poradzi sobie. Sam musi stawić czoło spotkania z rodziną i samą panną Bellatrix Black.
- Jeżeli nie czujesz się na siłach, nie zmuszaj się.Poradził w końcu coś innego. Jeżeli Rodolphusowi nie odpowiadało ostatecznie udanie się na to wesele i pokazywanie, spotkanie ze swoją rodziną. Rozumiał go. Sam swojej unikał.
Westchnął, patrząc przed siebie. Czując, że Rodolphus wciąż trzyma jego dłoń. Nużyło go już to siedzenie. Zająłby się czymś.
- Popracowałbym. Ale pewnie mi nie pozwolisz.
Zagadnął i spojrzał na Rodolphusa. Było sporo rzeczy do przejrzenia, przeczytania i poszukania w księgach, jakie miał w domu, choćby temat Zimnych.