21.07.2024, 17:28 ✶
Informacje o decyzjach Roberta sprawiły, że Charles nieco bardziej zapadł się w sobie. Mógł się tego spodziewać, lecz konsekwencje dopiero miały przynieść większy ból.
- Rozumiem... - Zgodził się i nie próbował nawet ratować sytuacji. Nie miał argumentów dość silnych, by przeważyły decyzje wuja i ojca. Stracił pracę i możliwości zanim w ogóle zdołał rozwinąć skrzydła i to przez własną głupotę. - Ja złożyłem potrzebne dokumenty do zalegalizowania tego wszystkiego. Sophie mi pomogła. - Podkreślił. Ojciec musiał wiedzieć o problemach kuzynki, nie było innej możliwości. Dziewczyna nauczyła się na swojej własnej skórze aż za dobrze, co znaczy działanie bez pozwolenia.
Myśli Charlesa goniły zbyt szybko. Szukał wyjścia z sytuacji, lecz kolejne pomysły nie wydawały się ani lepsze, ani mądrzejsze od poprzednich. Najłatwiejsza byłaby ucieczka - z daleka od konsekwencji, z daleka od rodziny, a przede wszystkim - od wuja, którego zawiódł najbardziej.
- Co postanowisz, tato, tak zrobię. - Ukorzył się, znów strzelając spojrzeniem to na swoje dłonie na kolanach, to na ojca, to na kotarę. Okno. Droga ucieczki! - Jeśli wyniosę się stąd, mogę ci się meldować. Pisać listy, nawet codziennie, żebyś się nie martwił. - Dodał i coś w jego środku spięło się, gdy wiedział, że ojciec nie będzie martwił się o niego, a o kolejne rzeczy, które mógłby zepsuć i narazić rodzinę na kolejne problemy.
Jego oddech na nowo przyspieszył.
- Wiem, że masz w Anglii dużo na głowie, tato. Z wujem, ze wszystkim innym. Nie chciałem... nie chciałem cię kłopotać. Myślałem, że będę robił dobrze, ale się myliłem. - Przyznał bez bicia.
Do bicia miało jednak miało dojść. Rozbiegany wzrok Charlesa spoczął w końcu na dłoniach ojca, które powoli wyciągały pasek ze spodni. Młody Mulciber nie był zastraszany w ten sposób, ale mimo to wiedział, z czym wiąże się ten cienki pasek skóry w dłoniach ojca.
- ...uderzysz mnie, tato? - Zapytał, podnosząc wzrok na twarz Richarda. Nie dowierzał w to, co widzi. Nie był już dzieckiem, takie sposoby wychowawcze zresztą nie miały sensu ani skuteczności. Były tylko beznadziejną przemocą, która bardziej zrażała syna do ojca aniżeli pomagała wyciągnąć lekcję. Druga z gróźb była poważniejsza. - Chcesz... chcesz mnie wydziedziczyć? Jeśli chcesz, to ja... to ja...
Charlesowi zabrakło słów. Nie miał pojęcia, co dalej robić, ze swoją przyszłością, z ojcem, z rodziną. Nachylił się i schował twarz w dłoniach.
- Tylko na to zasłużyłem, tato. Bogowie... byłoby łatwiej, gdybym... - Urwał. Ojciec nie musiał wiedzieć o wczorajszym wybryku na klifie. Ale czy nie tak byłoby lepiej? Gdyby zniknął ze świata? - Pozwól mi odejść, tato. Jestem dla was tylko ciężarem. Zniknę, tego chcesz?
- Rozumiem... - Zgodził się i nie próbował nawet ratować sytuacji. Nie miał argumentów dość silnych, by przeważyły decyzje wuja i ojca. Stracił pracę i możliwości zanim w ogóle zdołał rozwinąć skrzydła i to przez własną głupotę. - Ja złożyłem potrzebne dokumenty do zalegalizowania tego wszystkiego. Sophie mi pomogła. - Podkreślił. Ojciec musiał wiedzieć o problemach kuzynki, nie było innej możliwości. Dziewczyna nauczyła się na swojej własnej skórze aż za dobrze, co znaczy działanie bez pozwolenia.
Myśli Charlesa goniły zbyt szybko. Szukał wyjścia z sytuacji, lecz kolejne pomysły nie wydawały się ani lepsze, ani mądrzejsze od poprzednich. Najłatwiejsza byłaby ucieczka - z daleka od konsekwencji, z daleka od rodziny, a przede wszystkim - od wuja, którego zawiódł najbardziej.
- Co postanowisz, tato, tak zrobię. - Ukorzył się, znów strzelając spojrzeniem to na swoje dłonie na kolanach, to na ojca, to na kotarę. Okno. Droga ucieczki! - Jeśli wyniosę się stąd, mogę ci się meldować. Pisać listy, nawet codziennie, żebyś się nie martwił. - Dodał i coś w jego środku spięło się, gdy wiedział, że ojciec nie będzie martwił się o niego, a o kolejne rzeczy, które mógłby zepsuć i narazić rodzinę na kolejne problemy.
Jego oddech na nowo przyspieszył.
- Wiem, że masz w Anglii dużo na głowie, tato. Z wujem, ze wszystkim innym. Nie chciałem... nie chciałem cię kłopotać. Myślałem, że będę robił dobrze, ale się myliłem. - Przyznał bez bicia.
Do bicia miało jednak miało dojść. Rozbiegany wzrok Charlesa spoczął w końcu na dłoniach ojca, które powoli wyciągały pasek ze spodni. Młody Mulciber nie był zastraszany w ten sposób, ale mimo to wiedział, z czym wiąże się ten cienki pasek skóry w dłoniach ojca.
- ...uderzysz mnie, tato? - Zapytał, podnosząc wzrok na twarz Richarda. Nie dowierzał w to, co widzi. Nie był już dzieckiem, takie sposoby wychowawcze zresztą nie miały sensu ani skuteczności. Były tylko beznadziejną przemocą, która bardziej zrażała syna do ojca aniżeli pomagała wyciągnąć lekcję. Druga z gróźb była poważniejsza. - Chcesz... chcesz mnie wydziedziczyć? Jeśli chcesz, to ja... to ja...
Charlesowi zabrakło słów. Nie miał pojęcia, co dalej robić, ze swoją przyszłością, z ojcem, z rodziną. Nachylił się i schował twarz w dłoniach.
- Tylko na to zasłużyłem, tato. Bogowie... byłoby łatwiej, gdybym... - Urwał. Ojciec nie musiał wiedzieć o wczorajszym wybryku na klifie. Ale czy nie tak byłoby lepiej? Gdyby zniknął ze świata? - Pozwól mi odejść, tato. Jestem dla was tylko ciężarem. Zniknę, tego chcesz?