Jeśli kiedykolwiek istniał naprawdę pierwowzór do powiedzenia “dobry glina” i “zły glina”, to obie modelki musiały być właśnie jeść teraz śniadanie w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. Pod nogami Moody leżała niedbale rzucona skórzana torba, podobnie jak w przypadku jej towarzyszki, wypełniona, ale czymś zupełnie innym niż małe książeczki. Dokumenty spraw, nieposegregowane, chaotycznie wciśnięte po nocnym ich przeglądaniu wylewały się z kieszeni w dramatycznej próbie ucieczki na wolność. Na niektórych z nich dało się nawet zauważyć ślady mało profesjonalnego użytkowania w otoczeniu domowym, o czym świadczyła plama z dżemu na pojedynczym zeznaniu świadków. Wzorem swoich przodków, Ida nie potrafiła oddzielić życia prywatnego od kariery, co być może też samo w sobie doprowadziło do tego, że pierwszego nie miała prawie wcale, z własnego wyboru. Być może, również z tego względu jej wygląd należał do tych urodą wyjątkowo surowych. Można sobie wyobrazić, że chociaż nie pożądana piękność z urodzenia, Moody miała w sobie naturalne zacięcie, zdolne wywołać w innych różnorakie emocje. Długie rzęsy wytuszowała na czarno, a notoryczne ich pocieranie, uzupełnione lekkim czarnym cieniem doprowadziło do oszczędnego makijażu oczu, podkreślającego ich wyjątkowy kształt i lekko opadające powieki.
— Hej. — Przywitała się, czysta barwa głosu o przyjemnym tonie, lekko tylko zachrypnięta była ze zmęczenia. Mówiła płynnie, ale bez zbędnego pośpiechu, bardziej niż akcentując słowa, tańczyły one wraz z tokiem rozmowy. Kojący, doskonały do przesłuchań dźwięk. W niczym nie przypominał radosnego powitania Brenny i na pierwszy rzut oka, wyglądało na to, że Zeneida nie zamierzała kontynuować rozmowy. Strzepała popiół z papierosa na mały talerzyk, prezentując nieelegancko obdarty, czarny lakier na krótkich paznokciach, a następnie zerknęła na zawartość swojego papierowego opakowania. Nie wyglądało to obiecująco, szczególnie iż przez brak czasu, zdążyła wygrzebać ze spiżarki w zasadzie tylko podejrzanie wyglądający ser i suchą kromkę.
— Dzięki. — Przetarła palce o serwetkę i chwyciła ciastko, odgryzając pierwszą jego połowę prawie natychmiastowo. Tylko ciche westchnienie mogło świadczyć o tym, że faktycznie na samej kawie i papierosach nawet magiczna ludzka istota nie wyżyje. Kobieta przymknęła na ułamek sekundy powieki, w ciszy przeżuwając wyborny kęs, a przy tym z ulgą wsłuchując się uważnie w słowa Longbottom. Wszystko, byleby nie zostać samej ze swoimi myślami, dzisiaj akurat los zesłał na nią doskonałą receptę. O samej detektyw, prezentującej pilnie zapakowaną sałatkę z kurczaka ciężko było nie słyszeć. Charytatywne zbiórki Longbottomów cieszyły się dużym zainteresowaniem w wyższych sferach, a zasługi dla wymiaru sprawiedliwości Moodych sprawiły, że okazjonalnie również i Zeneidzie znane jednostki znajdywały miejsce na jednym z wystawnych balów. Z zamyślenia wyrwało czarownicę skierowane do niej pytanie. Założyła nogę na nogę, napinając materiał jeansów w udawanym zastanowieniu. Co u niej?
Cóż… Moja matka umarła kiedy byłam dzieckiem, ojciec zaginął na misji aurorskiej, brat jest chyba wysoko funkcjonującym alkoholikiem, a mi samej śnią się ludzkie zwłoki. Poza tym wszystko w porządku.
Myśli układały się w proste linie, ale zamiast tego usta wygięły się tylko w zgorzkniałym uśmiechu, a ramiona uniosły w górę w geście obojętności.
— Jakoś leci, kiepsko spałam. — Upiła łyka kawy, a napis ponownie zafalował w radosnym ruchu. — To te raporty? — Zapytała lekko żartobliwie, kiwając głową ku zawartości torby detektyw. Kiedyś dostała jedną z takich książeczek na urodziny, ale zanim doczytała do końca, zdążyła z Alastorem pospierać się o jakąś drobnostkę, co doprowadziło do kilku siniaków po obu stronach barykady i wyrwanych stronach z zakończeniem.
— Hej. — Przywitała się, czysta barwa głosu o przyjemnym tonie, lekko tylko zachrypnięta była ze zmęczenia. Mówiła płynnie, ale bez zbędnego pośpiechu, bardziej niż akcentując słowa, tańczyły one wraz z tokiem rozmowy. Kojący, doskonały do przesłuchań dźwięk. W niczym nie przypominał radosnego powitania Brenny i na pierwszy rzut oka, wyglądało na to, że Zeneida nie zamierzała kontynuować rozmowy. Strzepała popiół z papierosa na mały talerzyk, prezentując nieelegancko obdarty, czarny lakier na krótkich paznokciach, a następnie zerknęła na zawartość swojego papierowego opakowania. Nie wyglądało to obiecująco, szczególnie iż przez brak czasu, zdążyła wygrzebać ze spiżarki w zasadzie tylko podejrzanie wyglądający ser i suchą kromkę.
— Dzięki. — Przetarła palce o serwetkę i chwyciła ciastko, odgryzając pierwszą jego połowę prawie natychmiastowo. Tylko ciche westchnienie mogło świadczyć o tym, że faktycznie na samej kawie i papierosach nawet magiczna ludzka istota nie wyżyje. Kobieta przymknęła na ułamek sekundy powieki, w ciszy przeżuwając wyborny kęs, a przy tym z ulgą wsłuchując się uważnie w słowa Longbottom. Wszystko, byleby nie zostać samej ze swoimi myślami, dzisiaj akurat los zesłał na nią doskonałą receptę. O samej detektyw, prezentującej pilnie zapakowaną sałatkę z kurczaka ciężko było nie słyszeć. Charytatywne zbiórki Longbottomów cieszyły się dużym zainteresowaniem w wyższych sferach, a zasługi dla wymiaru sprawiedliwości Moodych sprawiły, że okazjonalnie również i Zeneidzie znane jednostki znajdywały miejsce na jednym z wystawnych balów. Z zamyślenia wyrwało czarownicę skierowane do niej pytanie. Założyła nogę na nogę, napinając materiał jeansów w udawanym zastanowieniu. Co u niej?
Cóż… Moja matka umarła kiedy byłam dzieckiem, ojciec zaginął na misji aurorskiej, brat jest chyba wysoko funkcjonującym alkoholikiem, a mi samej śnią się ludzkie zwłoki. Poza tym wszystko w porządku.
Myśli układały się w proste linie, ale zamiast tego usta wygięły się tylko w zgorzkniałym uśmiechu, a ramiona uniosły w górę w geście obojętności.
— Jakoś leci, kiepsko spałam. — Upiła łyka kawy, a napis ponownie zafalował w radosnym ruchu. — To te raporty? — Zapytała lekko żartobliwie, kiwając głową ku zawartości torby detektyw. Kiedyś dostała jedną z takich książeczek na urodziny, ale zanim doczytała do końca, zdążyła z Alastorem pospierać się o jakąś drobnostkę, co doprowadziło do kilku siniaków po obu stronach barykady i wyrwanych stronach z zakończeniem.
give me a bitter glory.