21.07.2024, 21:25 ✶
Brenna nie mogła powiedzieć, że dobrze zna Stellę Avery, ale stykały się w przeszłości wielokrotnie. Może nie na jej wernisażach – bo Brenna lubiła sztukę, owszem, nie była jednak wielkim jej znawcą – ale bywała na jakichś większych wystawach Galerii Averych, mijały się niekiedy na salach balowych, czy nawet zetknęły ze sobą przy okazji wydarzenia charytatywnego.
Wybrała Stellę nie ze względu na bliskie więzy towarzyskie, ani nawet nie ze względu na talent (choć ten był niewątpliwy, ale Brenny nie interesowały tutaj zbytnio walory estetyczne: prawda była taka, choć nie przyznałaby się do tego Stelli, że kupiłaby od niej nawet brzydkie obrazy, wyrosowane byle jak, na kolanie). Nie chodziło nawet o to, o czym wspomniał swego czasu Stanley Borgin: że uratował ją w snach, a to oznaczało osobiste więzi, które być może… warto było wybadać. Kluczowa była umiejętność Stelli Avery, która potrafiła swoje obrazy zaklinać. A i pomocne było to, że ostatnio kobieta przyjmowała sporo zleceń – co wśród Averych wcale nie było takie oczywiste, nawet jeżeli miałeś pieniądze.
Obrazy same w sobie nie były może najlepszym zabezpieczeniem, ale na pewno nie zaszkodzą, a miały stać się częścią całej sieci, którą Brenną dopiero zaczynała tkać. (Wiedziała, że działa za wolno: frustrowało ją to. Żałowała nieraz, że nie w jej rodzinie stawiano na pojedynki lub na transmutację. Że Longbottomowie nie umieli jak Slughornowie tworzyć zmieniaczy czasu – że jedyny taki, jaki widziała, znajdował się w rękach Morpheusa Longbottoma. Doba miała za mało godzin, a ona nie potrafiła jej wydłużyć ani być skuteczniejsza, nieważne, jak się starała.)
– Dzień dobry – przywitała się, gdy wprowadzano ją już do pomieszczenia, w którym czekała panna Avery oraz dwa zamówione obrazy. Brenna tego dnia założyła jasną koszulę, marynarkę i garniturowe spodnie, strój, jaki dość często wybierała na biznesowe spotkania: mogła uchodzić za nieco dzikie dziecko, dziewczynę, która nie pasowało do czystokrwistych, ale nigdy nie pragnęła szokować i umiała dostosować się do okazji. Nie tyle nie mogła, ile nie chciała wkraczać do domu Stelli w znoszonych spodniach i wyblakłych bluzach. Nawet włosy, chociaż nie były uwięzione w jakiejś skomplikowanej fryzurze, dziś nie sterczały na wszystkie strony. – Miło cię widzieć. Obrazy już gotowe, czy mamy omówić ostatnie szczegóły? – spytała, posyłając Stelli swój zwykły, przyjazny uśmiech: nie była pewna, czy zlecenie jest już ukończone, czy też Avery chciała omówić jakieś ostatnie szczegóły.
Prosiła o pejzaże po prostu: zależało jej na czymś, co nie będzie szczególnie abstrakcyjne, nie przyciągnie uwagi. Ot typowa ozdoba, często spotykana w domach arystokratycznych rodzin, której obecność nikogo nie zdziwi, ale i nie sprawi, że ludzie staną i będą ją kontemplować przez długie godziny. Jakiś las, dolina, dom… bo oczywiście, musiały się tam znaleźć drzwi, które poprowadziłyby na drugą stronę zabezpieczonego przejścia. Zdała się na Stellę, wspominając, że wierzy w jej wyobraźnię – chociaż w istocie, choć Brenna nie wątpiła, że ta zdoła wybrać coś właściwego, to Longbottom po prostu nie zależało specjalnie na wyborze czegokolwiek.
Obraz, który można powiesić w salonie przy kominku.
Nie kłamała składając takie zamówienie – w końcu naprawdę miały prawdopodobnie wisieć w salonie…
Wybrała Stellę nie ze względu na bliskie więzy towarzyskie, ani nawet nie ze względu na talent (choć ten był niewątpliwy, ale Brenny nie interesowały tutaj zbytnio walory estetyczne: prawda była taka, choć nie przyznałaby się do tego Stelli, że kupiłaby od niej nawet brzydkie obrazy, wyrosowane byle jak, na kolanie). Nie chodziło nawet o to, o czym wspomniał swego czasu Stanley Borgin: że uratował ją w snach, a to oznaczało osobiste więzi, które być może… warto było wybadać. Kluczowa była umiejętność Stelli Avery, która potrafiła swoje obrazy zaklinać. A i pomocne było to, że ostatnio kobieta przyjmowała sporo zleceń – co wśród Averych wcale nie było takie oczywiste, nawet jeżeli miałeś pieniądze.
Obrazy same w sobie nie były może najlepszym zabezpieczeniem, ale na pewno nie zaszkodzą, a miały stać się częścią całej sieci, którą Brenną dopiero zaczynała tkać. (Wiedziała, że działa za wolno: frustrowało ją to. Żałowała nieraz, że nie w jej rodzinie stawiano na pojedynki lub na transmutację. Że Longbottomowie nie umieli jak Slughornowie tworzyć zmieniaczy czasu – że jedyny taki, jaki widziała, znajdował się w rękach Morpheusa Longbottoma. Doba miała za mało godzin, a ona nie potrafiła jej wydłużyć ani być skuteczniejsza, nieważne, jak się starała.)
– Dzień dobry – przywitała się, gdy wprowadzano ją już do pomieszczenia, w którym czekała panna Avery oraz dwa zamówione obrazy. Brenna tego dnia założyła jasną koszulę, marynarkę i garniturowe spodnie, strój, jaki dość często wybierała na biznesowe spotkania: mogła uchodzić za nieco dzikie dziecko, dziewczynę, która nie pasowało do czystokrwistych, ale nigdy nie pragnęła szokować i umiała dostosować się do okazji. Nie tyle nie mogła, ile nie chciała wkraczać do domu Stelli w znoszonych spodniach i wyblakłych bluzach. Nawet włosy, chociaż nie były uwięzione w jakiejś skomplikowanej fryzurze, dziś nie sterczały na wszystkie strony. – Miło cię widzieć. Obrazy już gotowe, czy mamy omówić ostatnie szczegóły? – spytała, posyłając Stelli swój zwykły, przyjazny uśmiech: nie była pewna, czy zlecenie jest już ukończone, czy też Avery chciała omówić jakieś ostatnie szczegóły.
Prosiła o pejzaże po prostu: zależało jej na czymś, co nie będzie szczególnie abstrakcyjne, nie przyciągnie uwagi. Ot typowa ozdoba, często spotykana w domach arystokratycznych rodzin, której obecność nikogo nie zdziwi, ale i nie sprawi, że ludzie staną i będą ją kontemplować przez długie godziny. Jakiś las, dolina, dom… bo oczywiście, musiały się tam znaleźć drzwi, które poprowadziłyby na drugą stronę zabezpieczonego przejścia. Zdała się na Stellę, wspominając, że wierzy w jej wyobraźnię – chociaż w istocie, choć Brenna nie wątpiła, że ta zdoła wybrać coś właściwego, to Longbottom po prostu nie zależało specjalnie na wyborze czegokolwiek.
Obraz, który można powiesić w salonie przy kominku.
Nie kłamała składając takie zamówienie – w końcu naprawdę miały prawdopodobnie wisieć w salonie…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.