21.07.2024, 22:18 ✶
– Większość ludzi zasiadających na tronie przekonuje się boleśnie, że nie daje on wszystkiego. I jak sądzę, musi być straszliwie niewygodny – stwierdziła w pewnym zamyśleniu. Och, nie chciałaby za nic takiej władzy: nie tyleż ze względu na nudę, podobnie jak on, co odpowiedzialność, tysiąc jeden spraw, o których trzeba myśleć, i że nie wolno ci było popełniać błędów. Z powodu ograniczeń, kiedy Brenna naprawdę lubiła być wolna – i tak pętało ją zbyt wiele łańcuchów.
To nie była łatwa sytuacja. Była cholernie trudna i cholernie łatwo mogła zamienić się w krwawą jatkę, nawet i bez mieczy, bo spora część obecnych tu mężczyzn umiała walczyć na pięści, ona potrafiła czarować, a i skoro ich Niedźwiedź przybył z magicznego lasu, można było założyć, że jest czarnoksiężnikiem. A jednak to, że Atreus wstał trzymając w dłoni nóż do masła, zdało się jej tak absurdalne, że aż przysłoniła usta, bardzo bliska wybuchnięcia absolutnie niestosownym do tej sytuacji śmiechem.
Nie że wątpiła w to, że byłby w stanie kogoś tym nożem zabić. Przeciwnie. Postawiłaby każde pieniądze na to, że dałby sobie radę. Prawdopodobnie nawet z niedźwiedziem.
Zaraz jednak jej dłoń powędrowała w dół, splotła ręce na kolanach. Słuchała nieruchoma, niby posąg, ale w jej postawie czaiła się pewna sztywność, a układ dłoni wcale nie był przypadkowy: palce wyginały się już w gest, i wystarczyło tylko nasycić go mocą. I siedziała teraz zapatrzona w prawdopodobne źródło tych zakłóceń, które wyczuwał Atreus: królewnę. To słodkie dziewczątko, z wiecznie opuszczonymi oczyma, stojące u boku Lucjusza, dziewczątko, którego nikt nie podejrzewałby o nic niewłaściwego, o nic gwałtownego, ani nawet o to, że magii w nim więcej niż do rozpalenia świec w lichtarzu i zobaczenia wizji dnia jutrzejszego w odbiciu w wodzie. Choć słuchała każdego słowa i gdy królowa wspomniała o testowaniu cierpliwości, przeszło jej przez głowę mniej więcej to samo, co jemu.
Władczyni naprawdę nie wiedziała, kogo tutaj sprowadziła i jak bardzo potrafił wystawić cudzą cierpliwość na próbę.
– Odpowiedź jest oczywista – prychnął Lucjusz na przemowę Atreusa: przemowę, którą część gości przyjęła szmerem aprobaty, choć nieśmiałym, bo wszyscy lubili bajania o losie, i niejeden znał moc wieczystej przysięgi, i historie, jak ci, co stanęli jej na drodze, źle skończyli, to i nikt nie chciał narazić się tak jawnie władczyni. – Dziewczyna jest moja.
Wyciągnął ku niej rękę, ale Nora nie ujęła jego dłoni: uniosła wreszcie głowę, spojrzenie wbiła w nowoprzybyłego, w niedźwiedzią, straszliwą głowę, jakby w całej sali widziała tylko jego.
– On jest moim przeznaczeniem – powiedziała, głośno, tak głośno, że ten głos zdawał się odbijać po sali echem, jak wzmocniony magicznym zaklęciem.
– Noro! – zawołała królowa, pochylając się, jakby ta deklaracja córki zbijała ją z nóg.
– Ależ urocze – wysyczał Lucjusz, a potem szarpnął królewnę i przyciągnął ku sobie. W jego dłoni znikąd pojawiło się ostrze: Brenna nie widziała go dobrze z takiej odległości, ale była pewna, że skoro zmaterializowało się z powietrza, rękojeść oplatał wąż, oręż zaklęty przez Wężowego Pana. – Zabić go.
Zapłacę potem za to, pomyślała Brenna, niemalże obojętnie, podrywając się z krzesła i posyłając zaklęciem jednego z rycerzy Malfoya, którzy znów rzucili się ku Niedźwiedziowi, prosto ku oknu – cóż, może nie był to Atreus, ale naprawdę miała ochotę kogoś przez nie dziś wyeksmitować do jeziora.
Medalion wibrował.
Magia narastała: dziwnie potężna jak na to, że na razie nie objawiła się w żaden sposób...
To nie była łatwa sytuacja. Była cholernie trudna i cholernie łatwo mogła zamienić się w krwawą jatkę, nawet i bez mieczy, bo spora część obecnych tu mężczyzn umiała walczyć na pięści, ona potrafiła czarować, a i skoro ich Niedźwiedź przybył z magicznego lasu, można było założyć, że jest czarnoksiężnikiem. A jednak to, że Atreus wstał trzymając w dłoni nóż do masła, zdało się jej tak absurdalne, że aż przysłoniła usta, bardzo bliska wybuchnięcia absolutnie niestosownym do tej sytuacji śmiechem.
Nie że wątpiła w to, że byłby w stanie kogoś tym nożem zabić. Przeciwnie. Postawiłaby każde pieniądze na to, że dałby sobie radę. Prawdopodobnie nawet z niedźwiedziem.
Zaraz jednak jej dłoń powędrowała w dół, splotła ręce na kolanach. Słuchała nieruchoma, niby posąg, ale w jej postawie czaiła się pewna sztywność, a układ dłoni wcale nie był przypadkowy: palce wyginały się już w gest, i wystarczyło tylko nasycić go mocą. I siedziała teraz zapatrzona w prawdopodobne źródło tych zakłóceń, które wyczuwał Atreus: królewnę. To słodkie dziewczątko, z wiecznie opuszczonymi oczyma, stojące u boku Lucjusza, dziewczątko, którego nikt nie podejrzewałby o nic niewłaściwego, o nic gwałtownego, ani nawet o to, że magii w nim więcej niż do rozpalenia świec w lichtarzu i zobaczenia wizji dnia jutrzejszego w odbiciu w wodzie. Choć słuchała każdego słowa i gdy królowa wspomniała o testowaniu cierpliwości, przeszło jej przez głowę mniej więcej to samo, co jemu.
Władczyni naprawdę nie wiedziała, kogo tutaj sprowadziła i jak bardzo potrafił wystawić cudzą cierpliwość na próbę.
– Odpowiedź jest oczywista – prychnął Lucjusz na przemowę Atreusa: przemowę, którą część gości przyjęła szmerem aprobaty, choć nieśmiałym, bo wszyscy lubili bajania o losie, i niejeden znał moc wieczystej przysięgi, i historie, jak ci, co stanęli jej na drodze, źle skończyli, to i nikt nie chciał narazić się tak jawnie władczyni. – Dziewczyna jest moja.
Wyciągnął ku niej rękę, ale Nora nie ujęła jego dłoni: uniosła wreszcie głowę, spojrzenie wbiła w nowoprzybyłego, w niedźwiedzią, straszliwą głowę, jakby w całej sali widziała tylko jego.
– On jest moim przeznaczeniem – powiedziała, głośno, tak głośno, że ten głos zdawał się odbijać po sali echem, jak wzmocniony magicznym zaklęciem.
– Noro! – zawołała królowa, pochylając się, jakby ta deklaracja córki zbijała ją z nóg.
– Ależ urocze – wysyczał Lucjusz, a potem szarpnął królewnę i przyciągnął ku sobie. W jego dłoni znikąd pojawiło się ostrze: Brenna nie widziała go dobrze z takiej odległości, ale była pewna, że skoro zmaterializowało się z powietrza, rękojeść oplatał wąż, oręż zaklęty przez Wężowego Pana. – Zabić go.
Zapłacę potem za to, pomyślała Brenna, niemalże obojętnie, podrywając się z krzesła i posyłając zaklęciem jednego z rycerzy Malfoya, którzy znów rzucili się ku Niedźwiedziowi, prosto ku oknu – cóż, może nie był to Atreus, ale naprawdę miała ochotę kogoś przez nie dziś wyeksmitować do jeziora.
Medalion wibrował.
Magia narastała: dziwnie potężna jak na to, że na razie nie objawiła się w żaden sposób...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.