22.07.2024, 19:04 ✶
Wciąż często biegała w kolorowych trampkach i znoszonych spodniach: ale nie na takich przyjęciach. Tutaj wtapiała się w tło niby kameleon, i nawet nie dzięki jakimś niezwykłym aktorskim umiejętnościom – nie posiadała takowych – a po prostu dlatego, że Brenna umiała odnaleźć się w różnych okolicznościach. Może była to kwestia charakteru, może wychowania, może nadmiernej wręcz pewności siebie, przynajmniej pod pewnymi względami, bo w istocie czuła się równie swobodnie w swoich szortach, jak w czarnej sukni.
Anthony nie musiał obawiać się odmowy. Ujęła jego dłoń z lekkim uśmiechem, trochę chyba rozbawiona tym strojem wampirzego lorda, bo oczywiście, że go rozpoznała: miała pamięć do twarzy, a ich spotkanie należało do takich, których nie zapomina się szybko. W kimś innym może budziłoby zawstydzenie, że proponował pomoc w znalezieniu mieszkania jednemu z dziedziców Shafiqów, ale ona sama rzadko bywała zakłopotana, a on zdawał się dawno puścić w niepamięć ból nos po pewnym ciosie sprzed paru lat.
– Mogłabym odpowiedzieć, panie Shafiq, ale wtedy musiałabym pana zabić – odparła, z łatwością dostosowując się do kroków tańca. Sprawna fizycznie była od zawsze, a tak jak ojciec nie przeżyłby, gdyby nie umiała posługiwać się pięścią czy rapierem, tak matka nigdy nie pozwoliłaby, aby Brenna nie nauczyła się paru najmodniejszych w czarodziejskim świecie tańców.
Była córką ich obojga, swojego ojca żołnierza, i matki, damy, z rodu, który psoty miał we krwi. Mieszanka dwóch rodów, na pewno nie żaden rodzinny klejnot, a po prawdzie dziewczę jedno z wielu, ale mające sporo z obu swoich rodziców i ich rodzin. Nie było w niej surowości typowej dla Jeremiaha, i trudno było się teraz dopatrzeć do niego podobieństw, chociaż jedna krew i pasja płynęła w ich żyłach, chociaż uczył ją od dziecka, jak wypełniać rozkazy, jak szukać między słowami tego, co ludzie nie chcą powiedzieć, jak radzić sobie z bronią białą. Nie było i tego błysku, charakterystycznego dla matki – ona za młodu błyszczała na każdej sali, a i teraz była w centrum uwagi, Brenna za to doskonale wtapiała się w tło. W sukni ciemnej, doskonale wpasowującej się w przedziwny klimat przyjęcia, ale nie tak ciężkiej, nie krępującej ruchów tak mocno, jak gotyckie, wspaniałe kreacje, bez tak wielu ozdób, była kimś, po kim było widać, że nie wkradł się tu przypadkiem, nie wszedł przez żadne okno, ale i też kimś, kogo łatwo przegapić.
I to po części też pokazywało, że jest córką Potterów, bo wiedziała, jak szczegóły decydują o tym, jak jesteś postrzegany. Brenna nigdy nie była tak piękna i tak pełna uroku, jak inne młode damy wkraczające na salony, jak Victoria, Cynthia, Bellatrix, Lorraine czy Roselyn. Ale to że mogła tak łatwo zniknąć traktowała raczej jako atut niż wadę, i że umiała wykorzystywać do tego strój, makijaż i biżuterię – to wszystko było naukami matki.
– Spytałabym, czy szuka pan tutaj ofiar i czy kogoś już sobie upatrzył, ale oczywiście nie mogłabym spodziewać się szczerej odpowiedzi. Jakie szczęście, że nie ma tu dziś mojej kuzynki Lucy.
Anthony nie musiał obawiać się odmowy. Ujęła jego dłoń z lekkim uśmiechem, trochę chyba rozbawiona tym strojem wampirzego lorda, bo oczywiście, że go rozpoznała: miała pamięć do twarzy, a ich spotkanie należało do takich, których nie zapomina się szybko. W kimś innym może budziłoby zawstydzenie, że proponował pomoc w znalezieniu mieszkania jednemu z dziedziców Shafiqów, ale ona sama rzadko bywała zakłopotana, a on zdawał się dawno puścić w niepamięć ból nos po pewnym ciosie sprzed paru lat.
– Mogłabym odpowiedzieć, panie Shafiq, ale wtedy musiałabym pana zabić – odparła, z łatwością dostosowując się do kroków tańca. Sprawna fizycznie była od zawsze, a tak jak ojciec nie przeżyłby, gdyby nie umiała posługiwać się pięścią czy rapierem, tak matka nigdy nie pozwoliłaby, aby Brenna nie nauczyła się paru najmodniejszych w czarodziejskim świecie tańców.
Była córką ich obojga, swojego ojca żołnierza, i matki, damy, z rodu, który psoty miał we krwi. Mieszanka dwóch rodów, na pewno nie żaden rodzinny klejnot, a po prawdzie dziewczę jedno z wielu, ale mające sporo z obu swoich rodziców i ich rodzin. Nie było w niej surowości typowej dla Jeremiaha, i trudno było się teraz dopatrzeć do niego podobieństw, chociaż jedna krew i pasja płynęła w ich żyłach, chociaż uczył ją od dziecka, jak wypełniać rozkazy, jak szukać między słowami tego, co ludzie nie chcą powiedzieć, jak radzić sobie z bronią białą. Nie było i tego błysku, charakterystycznego dla matki – ona za młodu błyszczała na każdej sali, a i teraz była w centrum uwagi, Brenna za to doskonale wtapiała się w tło. W sukni ciemnej, doskonale wpasowującej się w przedziwny klimat przyjęcia, ale nie tak ciężkiej, nie krępującej ruchów tak mocno, jak gotyckie, wspaniałe kreacje, bez tak wielu ozdób, była kimś, po kim było widać, że nie wkradł się tu przypadkiem, nie wszedł przez żadne okno, ale i też kimś, kogo łatwo przegapić.
I to po części też pokazywało, że jest córką Potterów, bo wiedziała, jak szczegóły decydują o tym, jak jesteś postrzegany. Brenna nigdy nie była tak piękna i tak pełna uroku, jak inne młode damy wkraczające na salony, jak Victoria, Cynthia, Bellatrix, Lorraine czy Roselyn. Ale to że mogła tak łatwo zniknąć traktowała raczej jako atut niż wadę, i że umiała wykorzystywać do tego strój, makijaż i biżuterię – to wszystko było naukami matki.
– Spytałabym, czy szuka pan tutaj ofiar i czy kogoś już sobie upatrzył, ale oczywiście nie mogłabym spodziewać się szczerej odpowiedzi. Jakie szczęście, że nie ma tu dziś mojej kuzynki Lucy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.