10.01.2023, 02:42 ✶
Może nie było nikogo, kto znał ją całkowicie, ale jeżeli ktoś znał bardzo dobrze - to na pewno brat.
Bo trafił całkiem trafnie. Pośród rozważanych planów nie było wprawdzie morderstwa, ale już ukrywanie takiego, jeżeli Erik by go dokonał jako wilkołak podczas tych badań, jak najbardziej. Lepiej było jednak mu tego nie zdradzać. Po co nadmiernie martwić brata?
Ona też go znała. Na tyle, by wiedzieć, że skoro poruszał ten temat, to prawdopodobnie był bliski powiedzenia "tak". I chociaż bardzo by chciała, nie mogła mu tego zabronić.
- Nie przepraszaj, Erik. Nie masz do tego powodów - westchnęła. - No chyba że za to, że mogłeś pomyśleć, że pozwoliłabym ci wchodzić w to samemu.
Brenna miała dobry węch. Ale nie na tyle, by "wywęszyć" Charliego na poddaszu, w pomieszczeniu pełnym kurzu. Jej percepcja była przyzwoita, tyle że... nie sprawdzała pomieszczeń we własnym domu. Jego nagłe odezwanie się więc wywołało reakcję...
...no cóż, dość gwałtowną.
Brenna mianowicie znów wypuściła pudełko, które ledwo zdążyła podnieść i obróciła się błyskawicznie, a w jej ręku nie wiadomo skąd pojawiła się różdżka. Wycelowała jeszcze nim karton uderzył o podłogę.
Opuściła różdżkę jakieś pół sekundy później, gdy zdała sobie sprawę z tego, że w cieniu nie skrywał się żaden potwór. Tylko Charlie. Tfu, Julien, musiała to wreszcie przyswoić.
- Na litość Merlina, zawsze myślałam, że zabiją mnie śmierciożercy, ale chyba po prostu wy i reszta lokatorów w końcu skrócicie mi życie tak, że padnę na zawał - parsknęła, już lekkim tonem, jakby dopiero co nie celowała w Rockwooda różdżką. Nieświadome mówiąc na głos coś podobnego do tego, co pomyślał Erik.
Nie okazywała złości, nawet jeżeli rzeczywiście, w głębi serca wcale nie była zadowolona, że Charles stał się świadkiem rozmowy. I odnotowała sobie, że od tej pory każdy kąt każdego pokoju, w którym będzie chciała o czymś rozmawiać, starannie sprawdzi oświetlając go różdżką. A, i zasugeruje Mavelle, by tak robiła, tylko - tak - na - wszelki - wypadek.
- Błagam, nie rób tak pozostałym domownikom - poprosiła, chowając różdżkę i pochylając się, by po raz kolejny już podnieść pudło. - Mogą zacząć się zastanawiać, dlaczego nasz znajomy z zagranicy potrafi rzeczy, którymi niektórzy Rockwoodowie lubili ich straszyć w szkole - dodała. Słowa były wygłoszone ze swobodą, ale stanowiło to swego rodzaju ostrzeżenie. Bo bardzo chciałaby ogłosić wszystkim w domu, kim jest Charlie, ale domowników było po prostu zbyt wielu i choć chciała wierzyć, że nikt nie zdradziłby ich świadomie, ktoś mógłby nie być dość dobrym autorem, pomylić imię albo nawet paść ofiarą zaklęcia legimens. (Ona zresztą też mogła, ale przy trzech osobach było to mniejsze zagrożenie niż przy dwunastu...) Umiejętność Rockwoodów mogłaby wzbudzić podejrzliwość.
Nie pytała, dlaczego krył się w ciemnościach. Jeżeli nie planował podsłuchiwać - a wtedy raczej nie ujawniłby się celowo - to mogła się przyczyn domyślać. Ich dom był pełen ludzi i zwierząt. W dodatku nie przypominali wielu rodzin czystej krwi, gdzie każdy pilnuje swojego nosa. Dyskusje, żartobliwe przepychanki, biegi po schodach, stanowiły codzienność. Charles, nawet mając swój pokój, mógł czuć się tym wszystkim przytłoczony.
Jeżeli w każdym razie Charlie spodziewał się więc ze strony Longbottomów krzyków, wybuchu złości albo jakichś ogromnych pretensji… to cóż, musiał ich poznać jeszcze trochę lepiej.
- Mam parę planów, jeśli chcecie pomóc – powiedziała, przyklękając wśród pudeł, by zacząć przeglądać te kapelusze i segregować je na „do wywalenia” i „do przeniesienia do pozostałych pokoi z gratami”. Bardzo gładko przeszła z tematów „wilkołacze eksperymenty” i „o Merlinie, dostaję zawału” do „hej, urządzam dom”.
Nie to, że była w duchu aż tak spokojna, jak mogłoby się wydawać. Myśl o tym, co planował Erik, wciąż ją gryzła. Ale Brenna próbowała odsunąć to na później. Pomyśli o tym, gdy będzie sama.
– Najpierw muszę to wszystko oczywiście przejrzeć, część wyrzucić, resztę przenieść. Tę wnekę pod oknem chciałabym zagospodarować. W tym pokoju jest niższa, więc jako coś w rodzaju kanapy, dobra do czytania. W tym drugim obok ma inny kształt, więc tam myślałam o wstawieniu biurka. Łóżka będą pod pochyłem fragmentem ściany, mamy zapasowe, tylko trzeba zająć się nowym materacem. Poza tym… póki na wymiar, o tutaj, obok łóżka z jednej strony, z drugiej stolik nocny – objaśniała, podnosząc na chwilę rękę, by wskazać, gdzie widzi te półki. Różnej długości, tak, by dobrze wpasowały się w ścianę. Na poddaszu dało się wygodnie urządzić pokoje, ale trzeba było dobrze zagospodarować przestrzeń.
Bo trafił całkiem trafnie. Pośród rozważanych planów nie było wprawdzie morderstwa, ale już ukrywanie takiego, jeżeli Erik by go dokonał jako wilkołak podczas tych badań, jak najbardziej. Lepiej było jednak mu tego nie zdradzać. Po co nadmiernie martwić brata?
Ona też go znała. Na tyle, by wiedzieć, że skoro poruszał ten temat, to prawdopodobnie był bliski powiedzenia "tak". I chociaż bardzo by chciała, nie mogła mu tego zabronić.
- Nie przepraszaj, Erik. Nie masz do tego powodów - westchnęła. - No chyba że za to, że mogłeś pomyśleć, że pozwoliłabym ci wchodzić w to samemu.
Brenna miała dobry węch. Ale nie na tyle, by "wywęszyć" Charliego na poddaszu, w pomieszczeniu pełnym kurzu. Jej percepcja była przyzwoita, tyle że... nie sprawdzała pomieszczeń we własnym domu. Jego nagłe odezwanie się więc wywołało reakcję...
...no cóż, dość gwałtowną.
Brenna mianowicie znów wypuściła pudełko, które ledwo zdążyła podnieść i obróciła się błyskawicznie, a w jej ręku nie wiadomo skąd pojawiła się różdżka. Wycelowała jeszcze nim karton uderzył o podłogę.
Opuściła różdżkę jakieś pół sekundy później, gdy zdała sobie sprawę z tego, że w cieniu nie skrywał się żaden potwór. Tylko Charlie. Tfu, Julien, musiała to wreszcie przyswoić.
- Na litość Merlina, zawsze myślałam, że zabiją mnie śmierciożercy, ale chyba po prostu wy i reszta lokatorów w końcu skrócicie mi życie tak, że padnę na zawał - parsknęła, już lekkim tonem, jakby dopiero co nie celowała w Rockwooda różdżką. Nieświadome mówiąc na głos coś podobnego do tego, co pomyślał Erik.
Nie okazywała złości, nawet jeżeli rzeczywiście, w głębi serca wcale nie była zadowolona, że Charles stał się świadkiem rozmowy. I odnotowała sobie, że od tej pory każdy kąt każdego pokoju, w którym będzie chciała o czymś rozmawiać, starannie sprawdzi oświetlając go różdżką. A, i zasugeruje Mavelle, by tak robiła, tylko - tak - na - wszelki - wypadek.
- Błagam, nie rób tak pozostałym domownikom - poprosiła, chowając różdżkę i pochylając się, by po raz kolejny już podnieść pudło. - Mogą zacząć się zastanawiać, dlaczego nasz znajomy z zagranicy potrafi rzeczy, którymi niektórzy Rockwoodowie lubili ich straszyć w szkole - dodała. Słowa były wygłoszone ze swobodą, ale stanowiło to swego rodzaju ostrzeżenie. Bo bardzo chciałaby ogłosić wszystkim w domu, kim jest Charlie, ale domowników było po prostu zbyt wielu i choć chciała wierzyć, że nikt nie zdradziłby ich świadomie, ktoś mógłby nie być dość dobrym autorem, pomylić imię albo nawet paść ofiarą zaklęcia legimens. (Ona zresztą też mogła, ale przy trzech osobach było to mniejsze zagrożenie niż przy dwunastu...) Umiejętność Rockwoodów mogłaby wzbudzić podejrzliwość.
Nie pytała, dlaczego krył się w ciemnościach. Jeżeli nie planował podsłuchiwać - a wtedy raczej nie ujawniłby się celowo - to mogła się przyczyn domyślać. Ich dom był pełen ludzi i zwierząt. W dodatku nie przypominali wielu rodzin czystej krwi, gdzie każdy pilnuje swojego nosa. Dyskusje, żartobliwe przepychanki, biegi po schodach, stanowiły codzienność. Charles, nawet mając swój pokój, mógł czuć się tym wszystkim przytłoczony.
Jeżeli w każdym razie Charlie spodziewał się więc ze strony Longbottomów krzyków, wybuchu złości albo jakichś ogromnych pretensji… to cóż, musiał ich poznać jeszcze trochę lepiej.
- Mam parę planów, jeśli chcecie pomóc – powiedziała, przyklękając wśród pudeł, by zacząć przeglądać te kapelusze i segregować je na „do wywalenia” i „do przeniesienia do pozostałych pokoi z gratami”. Bardzo gładko przeszła z tematów „wilkołacze eksperymenty” i „o Merlinie, dostaję zawału” do „hej, urządzam dom”.
Nie to, że była w duchu aż tak spokojna, jak mogłoby się wydawać. Myśl o tym, co planował Erik, wciąż ją gryzła. Ale Brenna próbowała odsunąć to na później. Pomyśli o tym, gdy będzie sama.
– Najpierw muszę to wszystko oczywiście przejrzeć, część wyrzucić, resztę przenieść. Tę wnekę pod oknem chciałabym zagospodarować. W tym pokoju jest niższa, więc jako coś w rodzaju kanapy, dobra do czytania. W tym drugim obok ma inny kształt, więc tam myślałam o wstawieniu biurka. Łóżka będą pod pochyłem fragmentem ściany, mamy zapasowe, tylko trzeba zająć się nowym materacem. Poza tym… póki na wymiar, o tutaj, obok łóżka z jednej strony, z drugiej stolik nocny – objaśniała, podnosząc na chwilę rękę, by wskazać, gdzie widzi te półki. Różnej długości, tak, by dobrze wpasowały się w ścianę. Na poddaszu dało się wygodnie urządzić pokoje, ale trzeba było dobrze zagospodarować przestrzeń.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.