10.01.2023, 05:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2023, 05:08 przez William Lestrange.)
Mieli w rogu gabinetu coś w rodzaju kąciku kuchennego. To tam William, zanim przeszedł do kolejnego pomieszczenia, nastawił czajnik. Domyślał się, że kuzynka nie chce być przy dokładnych oględzinach, a te miały też zająć trochę czasu. Nie chciał zostawiać jej na krześle o pustych rękach, a odprawić też jej nie mógł, takie były procedury, znał je i pomimo uważania niektórych z nich za bezużyteczne, nie sądził, aby Victoria zgodziła się, aby zostawiać go tutaj samego. Zaraz tez zalał fusy czarnej herbaty. Nie miał na sobie jeszcze ubrania ochronnego, więc poruszał się przy kuchence i napojach do spożycia z lekkością, bez stresu, że przeniesie jakieś fragmenty materiałów czy innych rzeczy na przyniesione ze sceny zbrodni ciała. Podał Pannie Lestrange kubek z lekkim uszczerbkiem na uchu w kolorze ciemnego złota, jego para powoli wypełniała pomieszczenie aromatem bergamotki.
- To może trochę zająć, nie chcę, abyś siedziała tu bezczynnie, a nie wiem czy patrzenie na proces jest czymś, co chcesz robić, nie wiem też czy powinnaś - wypowiedział swoje obiekcje i myśli najdelikatniej jak potrafił, nie chciał brzmieć protekcjonalnie, ale po prostu zdawał sobie sprawę, że ludzie w większości omijali widok martwych, zwłaszcza tak bardzo oszpeconych przez rodzaj śmierci - Nie przejmuj się mną, większość czasu i tak spędzam w laboratorium, kostnica to dość podobne pomieszczenie. Są rzeczy ważne i ważniejsze, jak to mawiają. - wzruszył delikatnie ramionami, bo nie był przejęty tym, ze wyciągnięto go z domu. Był usatysfakcjonowany, że mógł przysłużyć się sprawie.
Po krótkiej rozmowie nałożył na siebie odzież ochronną, rękawiczki dopiero po umyciu rąk, i przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Zaczął od ubrań, proces był mu znany, więc każda, kolejną czynność wykonywał wręcz mechanicznie, dając się jej pochłonąć, skupiając się na detalach, na rozerwanych materiałach, na małych fragmentach tkanek, które wylądowały na koszuli, kurtce czy spodniach. Wyciągnął też portfele z kieszeni oraz inne przedmioty, odkładając je wszystkie w odpowiednie miejsca, podpisane, aby te się nie zgubiły i nie pomieszały z całą resztą dowodów. Zrobił wszystko, aby móc potwierdzić fakty, którymi obdarzyła go Victoria. Zawsze lepiej było wiedzieć, ze ktoś zginął z przypadku, niż faktycznego, wymierzonego w niego zaklęcia niewybaczalnego, a w wypadku trzech przyniesionych ciał nie dało się tego stwierdzić bez dokładnego zbadania. Nawet jeżeli któreś z nich zginęło przez magię, to ich płuca i nie organy wewnętrzne, zarówno jak twarzy były zgniecione i zranione przez kawałki budynku, których okruchy William też znalazł na ubraniach czy włosach zmarłych. Pobrał próbki, których być może potrzebowałby do dalszych badań nad przyczyną śmierci, robił wszystko metodycznie, bardzo dokładnie, nie chcąc pominąć nawet najmniejszego szczegółu. Fakt, że byli to mugole niczego dla niego nie zmieniało, należał im się tak sam szacunek jak każdemu, martwemu czarodziejowi, jaki miał nieszczęście wylądować na tym stole. Przy dwóch pierwszych ciałach nie znalazł wcale niczego specjalnego, ot, te faktycznie potwierdzały podaną przez Pannę Lestrange teorię - Mugole, nie zginęli od zaklęć, chociaż zapach ich ubrań definitywnie świadczył o tym, że budynek pochłonęła Czarna Magia. Trzecie, natomiast, było zagwostką. Ciało, jak William wywnioskował, nie było wcale do tego stopnia przygniecione, aby udusić martwego, resztki obcych substancji, jakie zebrał z jego ubrań też nie były okruchami materiału budynku, a przynajmniej nie było ich tak wiele jak na poprzednich dwóch, pozostawał też sygnet, który Lestrange oczyścił dopiero pod koniec i nie spodobało mu się to, co zobaczył. Spojrzał raz jeszcze na ciało mężczyzny, którego twarz była, jak zdołał stwierdzić, oszpecona zaklęciem czarnomagicznym. Nie wiedział w jakiej pozycji ten był znaleziony, aby stwierdzić, czy zaklęcie było rykoszetem czy nie, o to planował się też zapytać.
Spojrzał na Victorię. Nie był pewien jak wiele czasu minęło odkąd zaczął pracować nad przyniesionymi ciałami, zazwyczaj zatracał się w tym co robił, był wtedy też nad wymiar cicho, bo tylko cisza przynosiła mu wolność myśli, wzmacniała ich przepływ i pozwalała się skupić.
- Co do pierwszych dwóch miałaś rację, mugole, umarli przez zawalenie się budynku, nie ma na nich śladu użycia zaklęć czarnomagicznych ani innych ran, jakie świadczyłby o śmierci szybszej niż przez zmiażdżenie organów. Co do ostatniego natomiast... - przerwał na chwilę, wiedząc, że początkowa wypowiedź mogła być mało delikatna. Zakładał jednak, że skoro Victoria widziała miejsce zbrodni, to też nie będzie zaskoczona użyciem tego typu słownictwa przez kogokolwiek, kto miał robić oględziny. Uniósł torebkę, w której znajdował się sygnet z herbem rodziny Rosier. - czarodziej, umarł od zaklęcia, sygnet świadczy, że to ktoś od Rosierów. - dał jej jedynie informacje, które wyciągnął z pracy, jaką wykonał. Nie był aż tak zorientowany, aby wiedzieć, że to właśnie z tym rodem kuzynka wiąże swoją małżeńska przyszłość, a nawet jakby wiedział, to trudno było mu stwierdzić, przez wzgląd na oszpecenie twarzy, czy to faktycznie był jej wybranek.
- Trudno mi stwierdzić czy był to rykoszet czy po prostu czysta struga zaklęcia. Musiałabyś mi opisać dokładne otoczenie, w jakim było znalezione akurat to ciało, ale nie jestem pewien czy to na tym etapie aż tak istotne - dodał.
- To może trochę zająć, nie chcę, abyś siedziała tu bezczynnie, a nie wiem czy patrzenie na proces jest czymś, co chcesz robić, nie wiem też czy powinnaś - wypowiedział swoje obiekcje i myśli najdelikatniej jak potrafił, nie chciał brzmieć protekcjonalnie, ale po prostu zdawał sobie sprawę, że ludzie w większości omijali widok martwych, zwłaszcza tak bardzo oszpeconych przez rodzaj śmierci - Nie przejmuj się mną, większość czasu i tak spędzam w laboratorium, kostnica to dość podobne pomieszczenie. Są rzeczy ważne i ważniejsze, jak to mawiają. - wzruszył delikatnie ramionami, bo nie był przejęty tym, ze wyciągnięto go z domu. Był usatysfakcjonowany, że mógł przysłużyć się sprawie.
Po krótkiej rozmowie nałożył na siebie odzież ochronną, rękawiczki dopiero po umyciu rąk, i przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Zaczął od ubrań, proces był mu znany, więc każda, kolejną czynność wykonywał wręcz mechanicznie, dając się jej pochłonąć, skupiając się na detalach, na rozerwanych materiałach, na małych fragmentach tkanek, które wylądowały na koszuli, kurtce czy spodniach. Wyciągnął też portfele z kieszeni oraz inne przedmioty, odkładając je wszystkie w odpowiednie miejsca, podpisane, aby te się nie zgubiły i nie pomieszały z całą resztą dowodów. Zrobił wszystko, aby móc potwierdzić fakty, którymi obdarzyła go Victoria. Zawsze lepiej było wiedzieć, ze ktoś zginął z przypadku, niż faktycznego, wymierzonego w niego zaklęcia niewybaczalnego, a w wypadku trzech przyniesionych ciał nie dało się tego stwierdzić bez dokładnego zbadania. Nawet jeżeli któreś z nich zginęło przez magię, to ich płuca i nie organy wewnętrzne, zarówno jak twarzy były zgniecione i zranione przez kawałki budynku, których okruchy William też znalazł na ubraniach czy włosach zmarłych. Pobrał próbki, których być może potrzebowałby do dalszych badań nad przyczyną śmierci, robił wszystko metodycznie, bardzo dokładnie, nie chcąc pominąć nawet najmniejszego szczegółu. Fakt, że byli to mugole niczego dla niego nie zmieniało, należał im się tak sam szacunek jak każdemu, martwemu czarodziejowi, jaki miał nieszczęście wylądować na tym stole. Przy dwóch pierwszych ciałach nie znalazł wcale niczego specjalnego, ot, te faktycznie potwierdzały podaną przez Pannę Lestrange teorię - Mugole, nie zginęli od zaklęć, chociaż zapach ich ubrań definitywnie świadczył o tym, że budynek pochłonęła Czarna Magia. Trzecie, natomiast, było zagwostką. Ciało, jak William wywnioskował, nie było wcale do tego stopnia przygniecione, aby udusić martwego, resztki obcych substancji, jakie zebrał z jego ubrań też nie były okruchami materiału budynku, a przynajmniej nie było ich tak wiele jak na poprzednich dwóch, pozostawał też sygnet, który Lestrange oczyścił dopiero pod koniec i nie spodobało mu się to, co zobaczył. Spojrzał raz jeszcze na ciało mężczyzny, którego twarz była, jak zdołał stwierdzić, oszpecona zaklęciem czarnomagicznym. Nie wiedział w jakiej pozycji ten był znaleziony, aby stwierdzić, czy zaklęcie było rykoszetem czy nie, o to planował się też zapytać.
Spojrzał na Victorię. Nie był pewien jak wiele czasu minęło odkąd zaczął pracować nad przyniesionymi ciałami, zazwyczaj zatracał się w tym co robił, był wtedy też nad wymiar cicho, bo tylko cisza przynosiła mu wolność myśli, wzmacniała ich przepływ i pozwalała się skupić.
- Co do pierwszych dwóch miałaś rację, mugole, umarli przez zawalenie się budynku, nie ma na nich śladu użycia zaklęć czarnomagicznych ani innych ran, jakie świadczyłby o śmierci szybszej niż przez zmiażdżenie organów. Co do ostatniego natomiast... - przerwał na chwilę, wiedząc, że początkowa wypowiedź mogła być mało delikatna. Zakładał jednak, że skoro Victoria widziała miejsce zbrodni, to też nie będzie zaskoczona użyciem tego typu słownictwa przez kogokolwiek, kto miał robić oględziny. Uniósł torebkę, w której znajdował się sygnet z herbem rodziny Rosier. - czarodziej, umarł od zaklęcia, sygnet świadczy, że to ktoś od Rosierów. - dał jej jedynie informacje, które wyciągnął z pracy, jaką wykonał. Nie był aż tak zorientowany, aby wiedzieć, że to właśnie z tym rodem kuzynka wiąże swoją małżeńska przyszłość, a nawet jakby wiedział, to trudno było mu stwierdzić, przez wzgląd na oszpecenie twarzy, czy to faktycznie był jej wybranek.
- Trudno mi stwierdzić czy był to rykoszet czy po prostu czysta struga zaklęcia. Musiałabyś mi opisać dokładne otoczenie, w jakim było znalezione akurat to ciało, ale nie jestem pewien czy to na tym etapie aż tak istotne - dodał.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated