23.07.2024, 09:52 ✶
Jedna z brwi delikatnie drgnęła słysząc słowa Eden. Twarz Mildred teraz, pod warstwą makijażu i kłamstw, którymi zasłaniała swój realny stan przypominała rzeczywiście piękną porcelanową maskę. Obecnie ów maska wyrażała zaskoczenie, nigdy gniew, nie wobec Eden. Kobieta przystąpiła kolejny krok do dawnej kochanki, mieszcząc w swoim drobnym ciele burzę niewysłowionych tęsknot i marzeń, mieszcząc w swoim drobnym ciele żałobę przechodzoną, przeżytą, pogrzebaną. A jednak, niczym stara wojenna rana, powracał do niej czasem biały kruk wsuwający swój ostry dziób między rozespane usta.
Moody zdawało się, że zna anielicę, która upadła lata świetlne temu. Jej ostry umysł i kolce, którymi obronnie kuła, toksyczną rodzinę, bogactwo, które wcale nie dawało szczęścia. Moody zdawało się, że ją zna, bo kiedyś sięgnęła między stwardniałą łuskę, sięgnęła między twardy koralowy pancerz tylko po to, by odkryć miękkie, lepkie wrażliwością wnętrze i ukrytą wewnątrz perłę łagodności, niepewności i tego spojrzenia, które teraz uciekało od konfrontacji, mówiąc cicho o tym, że nawet jeśli te drobne prezenty zostały przez Eden spalone, to wciąż nosiła je w swoim sercu, w swojej pamięci. Moody zdawało się, że ta tajemnica została ofiarowana tylko jej, dlatego nie gniewała się wcale, gdy słodkie usta powiedziały to co powiedziały.
To nie był jad, który miał ją zatruć.
To brzmiało jak wyznanie uczuć, które wcale nie wygasły.
Przystąpiła kolejny krok, ich ciała niemal się stykały, choć zdawało się, że wciąż oddziela je transparentna, lodowa tafla. Dzisiejszy dzień był dla Millie prawdziwym piekłem, a teraz dotarła do jego centrum, dziewiątego kręgu w którym zamrożony trwał najpiękniejszy z aniołów. Ten, który pożarł jej serce, a jego resztki wciąż dostrzegała między białymi zębami onieśmielonego uśmiechu.
– ... a jakie jest moje prawdziwe wydanie? – szepnęła ochryple, czując jak napina się jej skóra w nieznośnym oczekiwaniu i pragnieniu dotyku. Zapomniała też zupełnie o oddechu, okradziona wspomnieniem, gdy zeszklone oczy zapatrzyły się w krzywiznę łabędziej szyi swojego osobistego raju, z którego przed laty została wypędzona za grzech bycia tym, kim była. Raju, który teraz wypominał jej fałsz.
Moody zdawało się, że zna anielicę, która upadła lata świetlne temu. Jej ostry umysł i kolce, którymi obronnie kuła, toksyczną rodzinę, bogactwo, które wcale nie dawało szczęścia. Moody zdawało się, że ją zna, bo kiedyś sięgnęła między stwardniałą łuskę, sięgnęła między twardy koralowy pancerz tylko po to, by odkryć miękkie, lepkie wrażliwością wnętrze i ukrytą wewnątrz perłę łagodności, niepewności i tego spojrzenia, które teraz uciekało od konfrontacji, mówiąc cicho o tym, że nawet jeśli te drobne prezenty zostały przez Eden spalone, to wciąż nosiła je w swoim sercu, w swojej pamięci. Moody zdawało się, że ta tajemnica została ofiarowana tylko jej, dlatego nie gniewała się wcale, gdy słodkie usta powiedziały to co powiedziały.
To nie był jad, który miał ją zatruć.
To brzmiało jak wyznanie uczuć, które wcale nie wygasły.
Przystąpiła kolejny krok, ich ciała niemal się stykały, choć zdawało się, że wciąż oddziela je transparentna, lodowa tafla. Dzisiejszy dzień był dla Millie prawdziwym piekłem, a teraz dotarła do jego centrum, dziewiątego kręgu w którym zamrożony trwał najpiękniejszy z aniołów. Ten, który pożarł jej serce, a jego resztki wciąż dostrzegała między białymi zębami onieśmielonego uśmiechu.
– ... a jakie jest moje prawdziwe wydanie? – szepnęła ochryple, czując jak napina się jej skóra w nieznośnym oczekiwaniu i pragnieniu dotyku. Zapomniała też zupełnie o oddechu, okradziona wspomnieniem, gdy zeszklone oczy zapatrzyły się w krzywiznę łabędziej szyi swojego osobistego raju, z którego przed laty została wypędzona za grzech bycia tym, kim była. Raju, który teraz wypominał jej fałsz.