23.07.2024, 10:17 ✶
– Moje żarty zawsze są bardzo śmieszne i na pewno w tej chwili umierałbyś ze śmiechu, gdybym żartowała – odparła Brenna, uśmiechając się do niego, surowy ton kompletnie ignorując. Ten działał na niej tylko w trzech przypadkach, i te trzy przypadki to byli matka, Albus Dumbledore i Patrick Steward. Może dlatego, że korzystali z tej sztuczki niezmiernie rzadko i gdy już to robili, wiedziała, że ma przerąbane.
Jej wyczyny za dzieciaka częściej były głupie i szczeniackie niż faktycznie odważne, ale różne drobne i mniej drobne obrażenia były dla niej normą. Rzadko jednak wykraczały ponad coś więcej niż parę siniaków czy skaleczeń, na które niekiedy szkoda było wręcz marnować kroplę eliksiru wiggenowego. Praca i Zakon trochę zmieniły… ale Brenna wciąż uważała, że mieści się w normie: w końcu członkowie Brygady Uderzeniowej mieli w Mungu swoją własną salę…
– To nie tak, że nie mogę – stwierdziła, tonem już mniej lekkim, wpadającym w łagodne tony. – Ale nie sądzę, żeby ta wiedza coś zmieniła w twoim życiu, a… sam wiesz. Lepiej by nie każdy wiedział o wszystkim.
Ona też nie wiedziała o niektórych kontaktach Patricka. Tak samo jak nie każdy, kto pakował się do walki, był świadom, jakie zamówienia spływały do wytwórców. Nie z powodu braku zaufania – chociaż Brenna bała się wręcz panicznie, że kiedyś przyjdzie dzień, gdy wpuszczą w szeregi zdrajcę, to nie wierzyła, że taki teraz był pośród nich – a raczej z obawy przed tym, że ktoś znajdzie się pod wpływem zaklęcia, zostanie schwytany czy własne zaufanie ulokuje w złej osobie.
A to co zobaczyła w ciemnościach znikającej wyspy, nie było czymś, o czym chciała rozmawiać. Na razie z kimkolwiek. Może nigdy z nikim. Pod pewnymi względami Brenna była bardzo szczera, pod innymi niemożliwie więc skryta.
– Bywało gorzej – zbyła go. – Poza tym jak zejdą te efekty, to już część będzie wygojona, nie? Dwie godziny temu nie mogłam w ogóle mówić, więc już nie mam na co narzekać i w ogóle – oświadczyła, poprawiając się nieco na swoim miejscu. Starała się jeszcze za bardzo nie ruszać, aby dać kolanom odpocząć i nie podeprzeć się przypadkiem dłońmi, a pozostawanie w bezruchu dla kogoś takiego jak Brenna było mało naturalne.
Obserwowała Cedricka, przekrzywiając lekko głowę, w ten charakterystyczny sposób, jakiego nabyła po tym, jak stała się animagiem. Robiła to często jako wilk, i niekiedy robiła jako człowiek.
Ofiara właśnie weszła do pułapki.
– Pewnie znowu siedzisz w pracy w nadgodzinach, co? Przygotowali ci tam już łóżko z twoim imieniem? – spytała. Doskonale widziała przecież, że to nie tylko przemęczenie. I nie tylko to, że jadł za mało, co miała nadzieję naprawić, gdy tylko skrzatka wróci z lemoniadą i przekąskami. – Ale chyba nie tylko praca cię dręczy, co? – zapytała, z pełną premedytacją przepychając rozmowę na niego, nie na siebie.
Jej wyczyny za dzieciaka częściej były głupie i szczeniackie niż faktycznie odważne, ale różne drobne i mniej drobne obrażenia były dla niej normą. Rzadko jednak wykraczały ponad coś więcej niż parę siniaków czy skaleczeń, na które niekiedy szkoda było wręcz marnować kroplę eliksiru wiggenowego. Praca i Zakon trochę zmieniły… ale Brenna wciąż uważała, że mieści się w normie: w końcu członkowie Brygady Uderzeniowej mieli w Mungu swoją własną salę…
– To nie tak, że nie mogę – stwierdziła, tonem już mniej lekkim, wpadającym w łagodne tony. – Ale nie sądzę, żeby ta wiedza coś zmieniła w twoim życiu, a… sam wiesz. Lepiej by nie każdy wiedział o wszystkim.
Ona też nie wiedziała o niektórych kontaktach Patricka. Tak samo jak nie każdy, kto pakował się do walki, był świadom, jakie zamówienia spływały do wytwórców. Nie z powodu braku zaufania – chociaż Brenna bała się wręcz panicznie, że kiedyś przyjdzie dzień, gdy wpuszczą w szeregi zdrajcę, to nie wierzyła, że taki teraz był pośród nich – a raczej z obawy przed tym, że ktoś znajdzie się pod wpływem zaklęcia, zostanie schwytany czy własne zaufanie ulokuje w złej osobie.
A to co zobaczyła w ciemnościach znikającej wyspy, nie było czymś, o czym chciała rozmawiać. Na razie z kimkolwiek. Może nigdy z nikim. Pod pewnymi względami Brenna była bardzo szczera, pod innymi niemożliwie więc skryta.
– Bywało gorzej – zbyła go. – Poza tym jak zejdą te efekty, to już część będzie wygojona, nie? Dwie godziny temu nie mogłam w ogóle mówić, więc już nie mam na co narzekać i w ogóle – oświadczyła, poprawiając się nieco na swoim miejscu. Starała się jeszcze za bardzo nie ruszać, aby dać kolanom odpocząć i nie podeprzeć się przypadkiem dłońmi, a pozostawanie w bezruchu dla kogoś takiego jak Brenna było mało naturalne.
Obserwowała Cedricka, przekrzywiając lekko głowę, w ten charakterystyczny sposób, jakiego nabyła po tym, jak stała się animagiem. Robiła to często jako wilk, i niekiedy robiła jako człowiek.
Ofiara właśnie weszła do pułapki.
– Pewnie znowu siedzisz w pracy w nadgodzinach, co? Przygotowali ci tam już łóżko z twoim imieniem? – spytała. Doskonale widziała przecież, że to nie tylko przemęczenie. I nie tylko to, że jadł za mało, co miała nadzieję naprawić, gdy tylko skrzatka wróci z lemoniadą i przekąskami. – Ale chyba nie tylko praca cię dręczy, co? – zapytała, z pełną premedytacją przepychając rozmowę na niego, nie na siebie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.