23.07.2024, 11:31 ✶
Florence słyszała o Voldemorcie i o śmierciożercach. Musiałaby być głucha, ślepa i ciężko upośledzona, aby wieści, które miał na ustach cały Londyn, nie dotarły do jej uszu. Pisano o tym w gazetach, mówiono w radiu, szeptano w szpitalu. Matka szydziła z imienia Voldemorta, a ojciec marszczył brwi z niepokojem kogoś, kto kiedyś zdecydowanie sprzeciwiał się działaniom Grindewalda.
A jednak w pierwszych dniach po osiemnastym listopada nie myślała o tym wiele.
Skupiona na szpitalu, czystokrwista, nie mająca za wielu przyjaciół wśród mugolaków, bardzo neutralna w swoich poglądach, uznała Voldemorta za kolejnego czarnoksiężnika z manią wielkości, a tych, którzy chcieli za nim podążać, za bandę kretynów. Przeczuwała, że mogą się spodziewać kłopotów, nawet oczyma jasnowidza nie dostrzegała jednak, jak daleko posunie się ta sytuacja. Nie wiedziała jeszcze, że dotknie ją to osobiście, i to na tylu różnych poziomach, tak osobiście, że kiedyś swoją neutralność porzuci. Zawsze jednak gdzieś na świecie działo się coś niedobrego. Jej bracia i przyjaciel od dawna mieli niebezpieczną pracę. A do Munga i tak trafiali ranni w różnych wypadkach i napaściach.
Pod koniec listopada jednak przyjęć do kliniki i ciał transportowanych do kostnicy było więcej, a w snach Florence czasem pojawiał się ogień.
– Tak, i uważam, że jest o wiele mniej sprytny od Grindewalda – powiedziała, wchodząc do kuchni i kierując się do czajnika. Włosy miała zaplecione w koronę wokół głowy, błękitna spódnica i jasna koszula w połączeniu z fryzurą wskazywały na to, że prawdopodobnie była gdzieś z matką albo odwiedzała krewnych, wygląd nie domowy, i o stopień bardziej elegancki wobec zwykłego wejścia do kawiarni. – Voldemort jest przynajmniej tak miły, że od razu przyznaje wprost: będzie mordować, gwałcić i rabować aż wszyscy oddadzą mu pokłon. Być może złowi dzięki temu mniej serc – stwierdziła, ze spokojem, mniej więcej to samo, co powiedziała Elaine, tym razem jednak względnie przekonana, że Atreus nie uzna jej natychmiast za zwolenniczkę śmierciożerców, cieszącą się ze szczerości Voldemorta.
Sam-Wiesz-Kto, te słowa jeszcze nie utrwaliły się w głowie Florence. Nie nauczyła się strachu przed tym imieniem.
– Będziecie mieli wiele pracy.
A jednak w pierwszych dniach po osiemnastym listopada nie myślała o tym wiele.
Skupiona na szpitalu, czystokrwista, nie mająca za wielu przyjaciół wśród mugolaków, bardzo neutralna w swoich poglądach, uznała Voldemorta za kolejnego czarnoksiężnika z manią wielkości, a tych, którzy chcieli za nim podążać, za bandę kretynów. Przeczuwała, że mogą się spodziewać kłopotów, nawet oczyma jasnowidza nie dostrzegała jednak, jak daleko posunie się ta sytuacja. Nie wiedziała jeszcze, że dotknie ją to osobiście, i to na tylu różnych poziomach, tak osobiście, że kiedyś swoją neutralność porzuci. Zawsze jednak gdzieś na świecie działo się coś niedobrego. Jej bracia i przyjaciel od dawna mieli niebezpieczną pracę. A do Munga i tak trafiali ranni w różnych wypadkach i napaściach.
Pod koniec listopada jednak przyjęć do kliniki i ciał transportowanych do kostnicy było więcej, a w snach Florence czasem pojawiał się ogień.
– Tak, i uważam, że jest o wiele mniej sprytny od Grindewalda – powiedziała, wchodząc do kuchni i kierując się do czajnika. Włosy miała zaplecione w koronę wokół głowy, błękitna spódnica i jasna koszula w połączeniu z fryzurą wskazywały na to, że prawdopodobnie była gdzieś z matką albo odwiedzała krewnych, wygląd nie domowy, i o stopień bardziej elegancki wobec zwykłego wejścia do kawiarni. – Voldemort jest przynajmniej tak miły, że od razu przyznaje wprost: będzie mordować, gwałcić i rabować aż wszyscy oddadzą mu pokłon. Być może złowi dzięki temu mniej serc – stwierdziła, ze spokojem, mniej więcej to samo, co powiedziała Elaine, tym razem jednak względnie przekonana, że Atreus nie uzna jej natychmiast za zwolenniczkę śmierciożerców, cieszącą się ze szczerości Voldemorta.
Sam-Wiesz-Kto, te słowa jeszcze nie utrwaliły się w głowie Florence. Nie nauczyła się strachu przed tym imieniem.
– Będziecie mieli wiele pracy.