23.07.2024, 14:18 ✶
To nie tak, że nocne, niespodziewane wizyty nie zdarzały się im nigdy. Ojciec pracował w Departamencie Tajemnic, bracia w Biurze Aurorów, bywało więc, że otrzymywali jakieś pilne wezwanie. Niekiedy jakiś członek rodziny stawał na progu, by prosić o połatanie, bo wolał odwiedzić Florence niż klinikę. Takie rzeczy nie były tu jednak normą: kamienica Bulstrodów była miejscem spokojnym, i mało kto wiedział, jak sforsować ukryte wejście, nie mówiąc już o otworzeniu zabezpieczonych drzwi.
Florence sen miała czujny, hałas przebudził więc ją szybko. Tkwiąc jeszcze pomiędzy snem a jawą, z pewnym przerażeniem pomyślała, że jest w szpitalu, że przysnęła podczas dyżuru i że właśnie umarł jakiś pacjent – ale ledwo poderwała się z łóżka, dotarło do niej, że ktoś bardzo głośno wali w drzwi na dole, a nie do jej pokoju. Mimo to wstała, sięgając po drodze po szlafrok.
Serce podeszło jej do gardła, gdy pomyślała o tym, że może chodziło o któregoś z braci.
Przyświecając sobie różdżką szybko wyszła na korytarz i zeszła po schodach tak prędko, jak tylko mogła. Joker też już wypełzł ze swojego łóżeczka, ustawionego dla niego w niewielkim pomieszczeniu przy kuchni i zaspany stał przy drzwiach w swoim wdzianku uszytym z poszewki na poduszkę na kształt karcianego tabardu, chyba niepewny, co robić i czy wpuszczać niespodziewanego gościa, czy może zaczarować drzwi, aby nie przepuszczały hałasów.
– Kto to?
– Panienka Yaxley, panno Florence.
– Och.
Florence minęła skrzata i otworzyła przekładnię, odblokowując drzwi, a potem zmierzyła spojrzeniem kobietę, stojącą na progu. Uzdrowicielka miała teraz na sobie błękitny szlafrok, narzucony na jasną koszulę nocną, kosmyki włosów wymykały się z warkocza, do snu zaczesanego bardzo luźno, była z niewyspania bledsza niż zwykle.
– Jak bardzo jest źle? – spytała, wpuszczając Geraldine do środka, a pierwszą myślą, jaka przychodziła jej do głowy było: Thoran Yaxley ją zaatakował. Albo zrobiła to ciemność, którą Florence zobaczyła w swojej wizji.
Florence sen miała czujny, hałas przebudził więc ją szybko. Tkwiąc jeszcze pomiędzy snem a jawą, z pewnym przerażeniem pomyślała, że jest w szpitalu, że przysnęła podczas dyżuru i że właśnie umarł jakiś pacjent – ale ledwo poderwała się z łóżka, dotarło do niej, że ktoś bardzo głośno wali w drzwi na dole, a nie do jej pokoju. Mimo to wstała, sięgając po drodze po szlafrok.
Serce podeszło jej do gardła, gdy pomyślała o tym, że może chodziło o któregoś z braci.
Przyświecając sobie różdżką szybko wyszła na korytarz i zeszła po schodach tak prędko, jak tylko mogła. Joker też już wypełzł ze swojego łóżeczka, ustawionego dla niego w niewielkim pomieszczeniu przy kuchni i zaspany stał przy drzwiach w swoim wdzianku uszytym z poszewki na poduszkę na kształt karcianego tabardu, chyba niepewny, co robić i czy wpuszczać niespodziewanego gościa, czy może zaczarować drzwi, aby nie przepuszczały hałasów.
– Kto to?
– Panienka Yaxley, panno Florence.
– Och.
Florence minęła skrzata i otworzyła przekładnię, odblokowując drzwi, a potem zmierzyła spojrzeniem kobietę, stojącą na progu. Uzdrowicielka miała teraz na sobie błękitny szlafrok, narzucony na jasną koszulę nocną, kosmyki włosów wymykały się z warkocza, do snu zaczesanego bardzo luźno, była z niewyspania bledsza niż zwykle.
– Jak bardzo jest źle? – spytała, wpuszczając Geraldine do środka, a pierwszą myślą, jaka przychodziła jej do głowy było: Thoran Yaxley ją zaatakował. Albo zrobiła to ciemność, którą Florence zobaczyła w swojej wizji.