No teraz to się wylosowało trudne, a nie było mądrego wśród ich dwójki. Gdzie była Victoria kiedy była potrzebna? Mieli teraz sytuację typu "3 wiedźmin 3 najlepszy" albo "najsławniejsze pomarańcze w grach". Nie dało się na to odpowiedzieć jednoznacznie. O ile mógł kochać Sauriela jak brata, tak nie chciał się z nim dosłownie tam ten tego. I to też nie tak, że Rookwoodowi czego brakowało, wszak był całkiem przystojny. Stanley go oczywiście nie oceniał, a jedynie tak słyszał. Skąd? Kolega pytał czy tam mówił. No mniejsza o to. We dwójkę woleli panienki i już nawet nie chodziło o to, że nie ma niczego bardziej męskiego, niż miłość dwóch mężczyzn.
- No... - zawahał się przez chwilę - Nie? Mam chyba słownik w biurze, ale chuj z tym - stwierdził, dobierając nie właściwie słowa, wszak do tego o czym wspomniał Sauriel, było potrzebne to o czym wspomniał Stanley. No co za pokręcona akcja. Dobrze, że potrafił chronić swoje myśli, bo gdyby tylko Robert je odczytał swoimi umiejętnościami, to by to wydziedziczył w mgnieniu oka, a może i szybciej.
- Sauriel. Kurwa nie wiem - wzruszył ramionami - Było w mądrym krzyżówku to powtarzam. Nie sądziłem, że to spowoduje tyle zamieszania. Gdybym wiedział... - zamyślił się na sekundę - To i tak bym to powiedział - dodał. Co się będzie Stanisław Andrzej krępować. Przed kim jak przed kim, ale przed Saurieliątkiem? Bez szans.
To co później zrobił Rookwood to było pojebane i chyba rzeczywiście próbował urzeczywistnić swój zamysł z tym "ana" na początku. Dla własnego bezpieczeństwa, Stanley się spiął - oczywiście tylko z faktu, że pozorny zawsze ubezpieczony. Dobrze też, że Sauriel był przed nim.
- To tak jak ja. Też sam siebie czasami nie rozumiem - wyjaśnił, skoro już znaleźli się takiej pięknej aurze bromancu, kiedy to Sauriel tysiał go po policzku - Ta, wezmę go. Nicholas coś z nim wykmini - wyjaśnił - Na głowę to on upadł, wpadając na pomysł, aby nas okraść - przypomniał, bo może z tego wszystkiego to jego najlepszy funfel zapomniał. W końcu było tutaj tyle emocji co na grzybobraniu.
Już chciał iść, ale chyba ktoś tu zgłodniał z tego wszystkiego. Czy Rookwood wyglądał jakby mu czegoś brakowało? Jakby jego brzuszek był niezadowolony? Nie wiedział, chociaż pewnie brakowało mu rudej w żołądku i gitary w dłoniach.
- Smacznego - skomentował - Albo bon apetit. To też było w krzyżówce i chyba też brzmi pozytywnie... ewentualnie właśnie Cię obrażam, ale już mniejsza o to - machnął dłonią, czekając, aż wieczerza się zakończy. Na całe szczęście nie trwało to długo i w chwilę później podróżowali już do biura, które było oddalone o jakieś 11 i pół metra. Daleko, że hej.
- A wiedziałeś, że Czesi witają się ahoj? Tak bardzo morsko, a nie mają dostępu do morza. Zapytasz skąd to wiem? Ha! Francis mi powiedział, a on się przecież zna jak mało kto - wyjaśnił, wchodząc do biura i rozlewając czym prędzej zdobyczny - odzyskany - alkohol. To był dopiero początek tego wspaniałego wieczora.
Czego mogły uczyć takie przygody? Mniej więcej tego, że Stanley i Sauriel byli rzeczywiście niczym te całe anam cara czy jak inne ananaski. Mogli na sobie polegać. Mogli sobie przyjść na pomoc bez większego zastanowienia czy łamiąc wszelkie zasady, co już nie raz zostało udowodnione. Mogli też czuć się z samymi sobą tak swobodnie jak liście na wietrze czy jakieś takie inne porównania. Po prostu mogli powierzyć swoje życia sobie wzajemne. Mogli wszystko. W imię zasady - Ty druha we mnie masz...
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972