23.07.2024, 21:13 ✶
Pomagałem przy wydostaniu stąd mugoli, przynajmniej do tego poziomu wody, który dawał mi osłonę przed promieniami słońca. Nie chciałem się wystawiać na ich działanie, więc robiłem wszystko, czego tylko potrzebowali, żeby czas minął mi szybciej, ale również weryfikując, czy nie było tu gdzieś Daisy. Wciąż miałem przed oczami wyraz jej twarzy, kiedy rzucała się na mnie w ramach usilnego, namiętnego pocałunku. Możliwe, że to była jakaś iluzja, ale wolałem to sprawdzić, żeby nie zostawić jej pod wodą...
...a potem już tylko dryfowałem, wpatrując się w nicość. Czas diametralnie mi zwolnił. Nie byłem pewien, która może być godzina, więc nie wiedziałem, ile trafi mi tu jeszcze siedzieć. Nie byłem również pewien, czy ktokolwiek o mnie pamięta, bo w jednym momencie zrobiło się tu pusto. Nie wiedziałem, co się działo z Geraldine, czy czuła się dobrze. Nie wiedziałem, czy Daisy wciąż jest w Ośrodku, czy może z niego wyjechała, czy może coś jej się stało. Nie mogłem tego wszystkiego zweryfikować.
Dryfowałem... Albo po prostu byłem. Czy nie dryfowało się na wodzie...? Otumaniony otaczającą mnie wodą, jeszcze raz wertowałem swoje wspomnienia z ostatnich chwil. Mord mnie nie przerażał, ale chęć zrobienia krzywdy bliskim - już tak. Wiedziałem, że byłem bliski dorwania niczego świadomej Geraldine, ale jednocześnie pocieszałem się faktem, że miałem w sobie siłę woli, że nie pozwoliłem sobie jej ugryźć ani dotknąć. Mały sukces? Ostatnio z tą wolą było u mnie krucho, więc to dodawało mi względnej nadziei, szczególnie że pokonaliśmy Adrię. Co prawda, to Geraldine wszystkich rozwalała wokół, ale bez mojej pomocy byłaby w lesie. Następnym razem zamierzałem się odegrać i być bardziej z przodu... żeby nie obrosła w piórka.
W pewnym momencie również otuchy dodawała mi obecność foki o białym umaszczeniu. Domyślałem się, że to mógł być Laurent, aczkolwiek wcześniej nawet nie myślałem o tym, że może potrafić podobne rzeczy. Bywało to jednak typowe dla selkie, więc trzymałem się tej myśli. Czasami dopadało mnie zwątpienie, ale foka nie trzymałaby się tak blisko mnie bez powodu, poza tym byłem wampirem... Raczej miały jakiś instynkt przetrwania, w przeciwieństwie do Laurenta Prewetta, czyż nie?
Nigdy nie przebywałem tak długo pod wodą, więc kiedy w końcu wyplułem to wszystko, co mi zalegało w ustach... trochę się nakaszlałem, zanim wyrzuciłem naprawdę wszystko. Dopiero wtedy mogłem wziąć cholerny głęboki wdech i odetchnąć. Względnie, bo ten wdech był pełny jeziora. Cały nim przesiąknąłem, podobnie jak wszystko wokół. Zwróciłem swoją uwagę również na pomarszczoną skórę, która tym razem nie była sinoblada, ale to pewnie ze względu na światło, które na mnie padało. Miało taką ciepłą barwę, taką ciepłą barwę.
Podniosłem spojrzenie na Laurenta i zamarłem. Zmarłem po raz drugi może...? Laurent wpatrywał się we mnie, ale taki nieobecny, taki wyzuty ze wszystkiego, co dodawałoby mu poweru, energii, życia. Bez wyrazu, pusty. Dokładnie tak jak ja, kiedy... coś, ktoś... pozbawił mnie życia i godności.
Wyprostowałem się, stanąłem, bo klęczałem na brzegu, żeby wykrztusić te wszystkie mikroorganizmy z siebie. Teraz wiedziałem, co czuły ryby, a przynajmniej to sobie tak wyobrażałem. Ale to nieistotne. Matko, to takie nieistotne w obliczu tego jak czuł się ten chłopak. Żaden głupi żart nie był w stanie zmazać tego, co czuł... A przynajmniej tego, co myślałem, że czuł. A żartów z tej okazji miałem pełno, ale też jakoś... Nie zamierzały przy przejść przez gardło.
Zbliżyłem się do niego powoli, niby niepewnie - mogło to tak wyglądać, ale bardziej ważyłem każdy ruch, żeby go nie przestraszyć. Miał czego się bać, biorąc pod uwagę nasze spotkania. Miałem z tego powodu niemałe wyrzuty sumienia, ale zakopywałem je głęboko, mając nadzieję, że kiedyś odkupię wszystkie swoje winy. Może to miał być pierwszy z kroków ku temu, bo właśnie otworzyłem swoje ramiona, żeby przytulić go do siebie. Mokre i zimne ramiona, ale to zawsze coś, prawda?
- Nie musisz się prostować... Nikogo tu nie ma, oprócz nas - szepnąłem do niego, dając tym samym znać, że było okej, że mógł sobie pozwolić na odrobinę słabości...?
Rozejrzałem się dyskretnie wokół i nasłuchiwałem, ale nikt nie rzucał mi się w oczy. Wcześniej również nie.
...a potem już tylko dryfowałem, wpatrując się w nicość. Czas diametralnie mi zwolnił. Nie byłem pewien, która może być godzina, więc nie wiedziałem, ile trafi mi tu jeszcze siedzieć. Nie byłem również pewien, czy ktokolwiek o mnie pamięta, bo w jednym momencie zrobiło się tu pusto. Nie wiedziałem, co się działo z Geraldine, czy czuła się dobrze. Nie wiedziałem, czy Daisy wciąż jest w Ośrodku, czy może z niego wyjechała, czy może coś jej się stało. Nie mogłem tego wszystkiego zweryfikować.
Dryfowałem... Albo po prostu byłem. Czy nie dryfowało się na wodzie...? Otumaniony otaczającą mnie wodą, jeszcze raz wertowałem swoje wspomnienia z ostatnich chwil. Mord mnie nie przerażał, ale chęć zrobienia krzywdy bliskim - już tak. Wiedziałem, że byłem bliski dorwania niczego świadomej Geraldine, ale jednocześnie pocieszałem się faktem, że miałem w sobie siłę woli, że nie pozwoliłem sobie jej ugryźć ani dotknąć. Mały sukces? Ostatnio z tą wolą było u mnie krucho, więc to dodawało mi względnej nadziei, szczególnie że pokonaliśmy Adrię. Co prawda, to Geraldine wszystkich rozwalała wokół, ale bez mojej pomocy byłaby w lesie. Następnym razem zamierzałem się odegrać i być bardziej z przodu... żeby nie obrosła w piórka.
W pewnym momencie również otuchy dodawała mi obecność foki o białym umaszczeniu. Domyślałem się, że to mógł być Laurent, aczkolwiek wcześniej nawet nie myślałem o tym, że może potrafić podobne rzeczy. Bywało to jednak typowe dla selkie, więc trzymałem się tej myśli. Czasami dopadało mnie zwątpienie, ale foka nie trzymałaby się tak blisko mnie bez powodu, poza tym byłem wampirem... Raczej miały jakiś instynkt przetrwania, w przeciwieństwie do Laurenta Prewetta, czyż nie?
Nigdy nie przebywałem tak długo pod wodą, więc kiedy w końcu wyplułem to wszystko, co mi zalegało w ustach... trochę się nakaszlałem, zanim wyrzuciłem naprawdę wszystko. Dopiero wtedy mogłem wziąć cholerny głęboki wdech i odetchnąć. Względnie, bo ten wdech był pełny jeziora. Cały nim przesiąknąłem, podobnie jak wszystko wokół. Zwróciłem swoją uwagę również na pomarszczoną skórę, która tym razem nie była sinoblada, ale to pewnie ze względu na światło, które na mnie padało. Miało taką ciepłą barwę, taką ciepłą barwę.
Podniosłem spojrzenie na Laurenta i zamarłem. Zmarłem po raz drugi może...? Laurent wpatrywał się we mnie, ale taki nieobecny, taki wyzuty ze wszystkiego, co dodawałoby mu poweru, energii, życia. Bez wyrazu, pusty. Dokładnie tak jak ja, kiedy... coś, ktoś... pozbawił mnie życia i godności.
Wyprostowałem się, stanąłem, bo klęczałem na brzegu, żeby wykrztusić te wszystkie mikroorganizmy z siebie. Teraz wiedziałem, co czuły ryby, a przynajmniej to sobie tak wyobrażałem. Ale to nieistotne. Matko, to takie nieistotne w obliczu tego jak czuł się ten chłopak. Żaden głupi żart nie był w stanie zmazać tego, co czuł... A przynajmniej tego, co myślałem, że czuł. A żartów z tej okazji miałem pełno, ale też jakoś... Nie zamierzały przy przejść przez gardło.
Zbliżyłem się do niego powoli, niby niepewnie - mogło to tak wyglądać, ale bardziej ważyłem każdy ruch, żeby go nie przestraszyć. Miał czego się bać, biorąc pod uwagę nasze spotkania. Miałem z tego powodu niemałe wyrzuty sumienia, ale zakopywałem je głęboko, mając nadzieję, że kiedyś odkupię wszystkie swoje winy. Może to miał być pierwszy z kroków ku temu, bo właśnie otworzyłem swoje ramiona, żeby przytulić go do siebie. Mokre i zimne ramiona, ale to zawsze coś, prawda?
- Nie musisz się prostować... Nikogo tu nie ma, oprócz nas - szepnąłem do niego, dając tym samym znać, że było okej, że mógł sobie pozwolić na odrobinę słabości...?
Rozejrzałem się dyskretnie wokół i nasłuchiwałem, ale nikt nie rzucał mi się w oczy. Wcześniej również nie.