Nie chciała jej wystraszyć, nie chciała, żeby to wyglądało dramatycznie, ale trochę ją wszystko bolało i faktycznie potrzebowała pomocy uzdrowiciela. Florence nigdy jej nie odesłała do domu, nim nie udzieliła jej pomocy. Znały się od lat, Gerry jej ufała. Nie mogła pójść do kogoś innego. To musiała być panna Bulstrode. Miała ona zresztą do niej cierpliwość, a Yaxley, która podchodziła do innych uzdrowicieli z dystansem naprawdę w pełni ufała Flo.
Faktycznie nim ją zobaczyła przyjaciółka mogła zakładać różne wersje, różne powody jej wizyty. W końcu wiedziała o tym, jak wygląda jej sytuacja, miała świadomość, że coś chciało ją zeżreć, jako jedna z nielicznych. Oczywiście wyimaginowany brat bliźniak jednak nie spowodował, że Yaxleyówna zamknęła się w domu, że unikała innych starć. Nie byłaby sobą gdyby zaszyła się na dłużej w mieszkaniu. Musiała polować, żeby nie zwariować.
Drzwi się otworzyły, a w nich Geraldine zobaczyła zaspaną Florence. Miała trochę do siebie żal, że wyrwała ją ze snu, ale nie wiedziała do kogo innego mogłaby pójść.
- Bark, jest rozszarpany. - Bulstorde mogła zobaczyć krew na flanelowej koszuli. Perseus udzielił jej pierwszej pomocy, jednak to nie wystarczyło. Dwa trytony zdołały ją ugryźć, więc była nieco pocharatana. Wolałaby mieć jednak sprawną rękę, bo kto wie, kiedy będzie musiała być w pełni sił. Thoran nie spał i mógł próbować ją zabić w każdej chwili, miała to gdzieś z tyłu głowy.
- To trytony, byłam w Windermere, zabiłam ich władczynię, ale zdążyła mnie ugryźć. - Nie tylko ona, ale o tym już nie wspominała. Wgramoliła się do środka mieszkania, żeby nie rozmawiać na korytarzu, lepiej, aby nikt nie zwrócił na nią uwagi. - Piecze mnie i boli, boję się, że zostanie tak na dłużej. - Czego zdecydowanie wolałaby uniknąć, bo musiała być w pełni sił. - Przepraszam. - Że znowu ją niepokoiła, że była problemem, wrzodem na tyłku, że pojawiała się zawsze wtedy, kiedy było z nią źle.