Akurat w cuda to Stanley nie wierzył. W życiu chyba nie usłyszał od Roberta krótkiej pogadanki o niczym czy zwykłego "cześć". Zawsze przechodził do sedna sprawy czy spotkania. Nie bawił się w jakieś szczególne środki grzecznościowe. Nie miał po prostu na to czasu. Oczywiście, to też nie tak, że był jakimś gburowatym chamem, ponieważ nie stwarzał takiego wrażenia. No nie licząc tego jego wzroku, który oceniał całe Twoje jestestwo.
Borgin uznał słowa ojca jako takie, które odnosiły się do całości jego odpowiedzi. Mógłby poddać to dyskusji. Mógłby się zastanawiać. Mógłby nawet zapytać samego Roberta o zdanie, ale pewnie zostałby obdarzony wzrokiem, który mówi - serio nie wiesz? Wolał tego uniknąć.
Lepiej było, aby Mulciber nie pokazywał tego, że grozi mu paranoja, bo dla Stanleya nie był to dobry znak. Oznaczało to tylko jedno - obciążenie genetyczne, które miało wyjść w przyszłości. Czy Stanley nie był już wystarczająco pokarany przez los, że pochodził z połączenia Borginów i Mulciberów? Cóż - wygrał albo przegrał w loterii rodzin z których się pochodziło.
Słysząc pozytywną odpowiedź, wyciągnął czym prędzej dwie szklanki z szafki, a w raz z nimi flaszkę rudawego trunku, którą otrzymał od Lorraine i trzymał ją na specjalne okazje. Był to trunek wyższej klasy, a nie jakieś tanie szczyny, które serwowano klientom. Robert, chcąc lub nie chcąc, był jednak jego ojcem, więc zasługiwał na odrobinę lepsze traktowanie.
Też nie było tak, że syn skąpił ojcu, ale polał na sam początek alkoholu na wysokość dwóch palców. W butelce było jeszcze z połowa alkoholu, więc było z czego dolać w razie czego. Samo whisky nie zniknęło, a zostało odstawione na bok biurka, tak aby nie przeszkadzało w rozmowie.
Kiedy Borgin powiedział co wiedział, przyszła pora na odpowiedź Mulcibera, więc zamienił się w słuch. Pociągnął odrobinę trunku ze szklanki, a następnie kiwnął po chwili głową, dając do zrozumienia, że wie o co może chodzić Robertowi.
- Ustaliliśmy przecież, że wraz z Sophie to widzieliśmy się może z dwa, trzy razy. Nic nas nie łączy - uśmiechnął się odrobinę pod nosem, ponieważ trzymał się wersji wydarzeń na którą przystali. Sam uśmiech był na tyle niemrawy, że można było go nawet nie zauważyć - Mogę zapewnić, że ze strony Borginów nikt nie zaprzeczy takiej wersji i będą się niej trzymać. Nikomu nie zależy, aby lawirować w tym, co powinni mówić. Postąpią odpowiednio - zapewnił - A co do tego czy ktoś inny będzie mógł temu zaprzeczyć... Hmm... W teorii Sauriel, bo on wie przecież najlepiej co nas wszystkich łączy, chociaż wątpię, aby był skłonny cokolwiek wydać na mój czy Twój temat. Wiem co sądzisz o Rookwoodach, ale on jest inny i ufam mu jak mało komu - wyjaśnił. Stanley chciał, aby sprawa była postawiona jasno, wszak Sauriel nie był typowym Rookwoodem. W końcu on sam nie przepadał chociażby za Chesterem.
- Mhm. Rozumiem - odparł, chociaż bardziej mruknął pod nosem - Rozmawiałeś z Sophie? Mówiła Ci coś? - zaciągnął się papierosem - No i mam nadzieję, że aż tak Ci nie uprzykrzyli życia ci cali aurorzy - dodał, mówiąc całkowicie poważnie. Nie chciał, aby zabrzmiało to jak jakaś forma prześmiewcza czy coś, wszak tak nie było.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972