10.01.2023, 11:34 ✶
Na twarzy Mackenzie nie malowały się żadne emocje. Zamknęła się w tej chwili za swoją skorupą, mniej więcej tak, jak w momentach, gdy ich drużyna miała jakieś zbiorowe zdjęcia, rozmowy z prasą albo bankiety. A tym, co pod nią kryła, wciąż była podejrzliwość. Owszem, kiedy Geraldine wspomniała, że pewnie nie wie, gdzie jest, obudziła się w niej nadzieja, że trafiła faktycznie na człowieka, kogoś, kto to wiedział i był tu… cholera wie, po co. Zbierać składniki alchemiczne? Polować? Trzeba było przyznać, że Geraldine wyglądała jak ktoś, kto ubrał się odpowiednio na bagno. O ile strój odpowiedni na bagno w ogóle istniał.
Ale ostrożność pozostała. Wciąż nie wykluczała omamów, jakiegoś podstępu (po paru numerach, jaki wykręcił jej ten drań, z którym umawiała się pół roku, byłaby nawet w stanie uwierzyć, że wynajął kogoś, by ściągnął ją i utopił na bagnach) albo tego, że kobieta jest maskującym się stworzeniem. Była gotowa cofnąć się albo rąbnąć gałęzią w tej samej chwili, w której Yaxley zbliżyłaby się nadmiernie.
- Nie wiem – przyznała. – To nie wygląda na Hogsmeade. Podejrzewam, że leży gdzieś między Londynem a wioską, co daje setki tysięcy mil możliwości.
Albo sama spieprzyła teleportację, co było możliwe, bo Mackenzie nigdy nie była w tym mistrzem, albo tutejsza anomalia antymagiczna wyciągnęła ją z kursu. Nie powinna była w ogóle aportować się na taką odległość. Durna ona. Lepiej zrobiłaby używając kominka.
Kenzie faktycznie nie wyglądała jak ktoś, kto nadawałby się na bagna. Miała twarz wiecznego dzieciaka, a wzrost, jasny koloryt włosów i skóry sprawiał, że można by ją wziąć za wypieszczoną księżniczkę. Płaszcz dość skutecznie ukrywał mięśnie nabyte podczas treningów. Na całe szczęście, jeśli ktoś nadawał się na taki wypadek na bagnach tylko trochę mniej niż Gerry, to prawdopodobnie była to Mackenzie. O przyrodzie wiedziała odrobinę więcej niż przeciętna osoba i miała dość sił, aby nie paść bez ducha po godzinie albo dwóch wędrówki.
I prawdopodobnie nie miałaby chęci kłócić się o ulubioną drużynę. Choćby dlatego, że zanim przeszła do Srok i dołączyła do reprezentacji, przez rok grała i w Harpiach. Brak rozpoznania zupełnie jej nie dziwił – nie każdy śledził mecze, a nawet jak je śledził, kojarzono często bardziej jej szatę i blond kucyk niż twarz.
- A ty wiesz? – spytała ostrożnie.
Ale ostrożność pozostała. Wciąż nie wykluczała omamów, jakiegoś podstępu (po paru numerach, jaki wykręcił jej ten drań, z którym umawiała się pół roku, byłaby nawet w stanie uwierzyć, że wynajął kogoś, by ściągnął ją i utopił na bagnach) albo tego, że kobieta jest maskującym się stworzeniem. Była gotowa cofnąć się albo rąbnąć gałęzią w tej samej chwili, w której Yaxley zbliżyłaby się nadmiernie.
- Nie wiem – przyznała. – To nie wygląda na Hogsmeade. Podejrzewam, że leży gdzieś między Londynem a wioską, co daje setki tysięcy mil możliwości.
Albo sama spieprzyła teleportację, co było możliwe, bo Mackenzie nigdy nie była w tym mistrzem, albo tutejsza anomalia antymagiczna wyciągnęła ją z kursu. Nie powinna była w ogóle aportować się na taką odległość. Durna ona. Lepiej zrobiłaby używając kominka.
Kenzie faktycznie nie wyglądała jak ktoś, kto nadawałby się na bagna. Miała twarz wiecznego dzieciaka, a wzrost, jasny koloryt włosów i skóry sprawiał, że można by ją wziąć za wypieszczoną księżniczkę. Płaszcz dość skutecznie ukrywał mięśnie nabyte podczas treningów. Na całe szczęście, jeśli ktoś nadawał się na taki wypadek na bagnach tylko trochę mniej niż Gerry, to prawdopodobnie była to Mackenzie. O przyrodzie wiedziała odrobinę więcej niż przeciętna osoba i miała dość sił, aby nie paść bez ducha po godzinie albo dwóch wędrówki.
I prawdopodobnie nie miałaby chęci kłócić się o ulubioną drużynę. Choćby dlatego, że zanim przeszła do Srok i dołączyła do reprezentacji, przez rok grała i w Harpiach. Brak rozpoznania zupełnie jej nie dziwił – nie każdy śledził mecze, a nawet jak je śledził, kojarzono często bardziej jej szatę i blond kucyk niż twarz.
- A ty wiesz? – spytała ostrożnie.