24.07.2024, 11:26 ✶
Charlotte była nazbyt samolubną osobą, aby maszerować w obronie czyichkolwiek interesów. Jeśli pojawiłaby się na takim marszu, to tylko z nieskończonym marudzeniem na ustach i tylko po to, aby pilnować przyjaciół, gdyby oni zdecydowali się wziąć udział w tego typu wydarzeniu. Chłopcy i dziewczyny mogli całować się przed nią w dowolnych konfiguracjach, a ją nic by nie obchodziło – ani co wyprawiają, ani czy inni rzucają w nich kamieniami – bo pewnie byłaby zbyt zajęta zerkaniem na własne odbicie w najbliższym lustrze.
Małżeństwa aranżowane i czystej krwi, gdy Charlotte była młoda, zdawały się jej czymś normalnym. A potem uświadomiła sobie, że dotyczy to też jej – i charakterek młodej panny Crouch po prostu nie pozwalał podporządkować całej reszty życia temu, czego chciała od niej matka, z którą darła koty od małego.
– Nie pozwalaj sobie, młody człowieku – prychnęła, mierząc gwizdającego mugola morderczym spojrzeniem, a potem po prostu pociągnęła syna dalej, bardzo zirytowana. – Londyn zamienił się dziś… w jakąś karykaturę – oświadczyła, chociaż po prawdzie ka karykatura zupełnie by Charlotte nie przeszkadzała, gdyby nie to, że nie mogli teraz ani dostać się do upatrzonej lodziarni, ani teleportować z powrotem do magicznego Londynu. – Nic to, przejdziemy sąsiednią ulicą i podjedziemy autobusem do Dziurawego Kotła.
Skrzywiła się na te słowa nieco, bo nawet jeśli całe lata mieszkania w USA, początkowo w warunkach dość skromnych, nauczyły ją wartości pieniądza, przemyślanych zakupów i gospodarowania budżetem, to nie wypleniły z niej zupełnie tego, kim kiedyś była: panienki Crouch. Sama idea jeżdżenia mugolskimi autobusami była Charlotte niezbyt miła.
– Ilu ich jest, może z dwustu pięćdziesięciu? Dziwne, że tak mała grupa wywołuje tyle zamieszania. Oczywiście, na marszu charłaków była podobna liczba, ale hm… nas jest trochę mniej.
I zasadniczo każdy – oprócz charłaków – nosił przy sobie broń, która była bardziej niszcząca niż mugolskie pistolety. Między innymi dlatego Ministerstwo Magii było aż tak rozbudowane.
Małżeństwa aranżowane i czystej krwi, gdy Charlotte była młoda, zdawały się jej czymś normalnym. A potem uświadomiła sobie, że dotyczy to też jej – i charakterek młodej panny Crouch po prostu nie pozwalał podporządkować całej reszty życia temu, czego chciała od niej matka, z którą darła koty od małego.
– Nie pozwalaj sobie, młody człowieku – prychnęła, mierząc gwizdającego mugola morderczym spojrzeniem, a potem po prostu pociągnęła syna dalej, bardzo zirytowana. – Londyn zamienił się dziś… w jakąś karykaturę – oświadczyła, chociaż po prawdzie ka karykatura zupełnie by Charlotte nie przeszkadzała, gdyby nie to, że nie mogli teraz ani dostać się do upatrzonej lodziarni, ani teleportować z powrotem do magicznego Londynu. – Nic to, przejdziemy sąsiednią ulicą i podjedziemy autobusem do Dziurawego Kotła.
Skrzywiła się na te słowa nieco, bo nawet jeśli całe lata mieszkania w USA, początkowo w warunkach dość skromnych, nauczyły ją wartości pieniądza, przemyślanych zakupów i gospodarowania budżetem, to nie wypleniły z niej zupełnie tego, kim kiedyś była: panienki Crouch. Sama idea jeżdżenia mugolskimi autobusami była Charlotte niezbyt miła.
– Ilu ich jest, może z dwustu pięćdziesięciu? Dziwne, że tak mała grupa wywołuje tyle zamieszania. Oczywiście, na marszu charłaków była podobna liczba, ale hm… nas jest trochę mniej.
I zasadniczo każdy – oprócz charłaków – nosił przy sobie broń, która była bardziej niszcząca niż mugolskie pistolety. Między innymi dlatego Ministerstwo Magii było aż tak rozbudowane.