Geraldine nie miała pojęcia, że Thoran uprzykrzył życie również kaletnikowi, z którym współpracowała. Nie powinno jej to zdziwić, w końcu był prawdziwym wrzodem na dupie i drażnił sporo jej znajomych, powinna zakładać najgorsze, że pojawi się u każdego, na kim jej choć trochę zależało. Najwyraźniej chciał zniszczyć wszystko, co udało jej się osiągnąć, zrazić do niej przyjaciół i znajomych, nie było to niczym przyjemnym. Ciągle musiała za niego świecić oczami, tłumaczyć się, przepraszać. Na dłuższą metę było to dosyć męczące, dlatego też miała nadzieję, że już niedługo uda jej się rozwiązać ten problem. Szczególnie, że ustaliła już, że Thoran nie istnieje, że była to bestia, która chciała ją pożreć, zabrać jej życie, wspomnienia, może nawet zajać jej miejsce i doprowadzić do tego, aby wszyscy o niej zapomnieli. To było najgorsze, bo panna Yaxley niczego nie bała się tak jak zapomnienia, no, może jeszcze ograniczenia wolności, były to dwie wartości na których naprawdę jej zależało.
Zdawała sobie sprawę, że z racji na to, gdzie znajduje się jego miejsce pracy, Esmé może posiadać pewne znajomości, które mogłyby pomóc jej poradzić sobie z tym dosyć sporym problemem jakim był polujący na nią doppelganger. Trochę jej było głupio prosić o wsparcie, z drugiej jednak strony ostatnio zauważyła, że może wcale nie być to takim durnym pomysłem. Osoby do których poszła po pomoc wyciągnęły do niej rękę, nie zignorowały tego, co działo się w jej życiu, ku jej zaskoczeniu. Może faktycznie komuś na niej zależało, chociaż wydawało jej się, że wcale tak nie jest.
Miała sporo na głowie, wydawało jej się, że każda podjęta przez nią decyzja jeszcze bardziej komplikuje jej i tak mocno chaotyczne życie, musiała jednak jakoś sobie z tym poradzić, zacisnąć zęby i walczyć o to, aby przetrwać.
Z początku nie do końca radziła sobie z myślą, że może umrzeć, że sytuacja się odmieniła i to ona stała się ofiarą, że gdzieś tam czyhała na nią bestia, która chciała odebrać jej wszystko. Przetrawiła to jakoś i postanowiła walczyć, między innymi dlatego postanowiła odwiedzić Esmé.
Zresztą nie pojawiła się tutaj tylko dlatego, myślała o nim odkąd wrócili z Windermere, trochę miała do siebie wyrzuty sumienia, że przez nią wplątał się w to eksploratowanie jeziora, że ryzykował życie bez żadnego doświadczenia. Fakt, nie skończyło się to jakoś tragicznie, ale co, jeśli zdarzyłoby się inaczej? Nie wybaczyłaby sobie, gdyby stała mu się krzywda. Chcąc nie chcąc, stał się jedną z jej osób, Geraldine zaczęło na nim zależeć, a nie znosiła sytuacji w których ryzykowała życie osób, które stały się dla niej ważnymi.
Gdy weszła do środka zauważyła jego sylwetkę, był zajęty, powinna się tego spodziewać, mogła jeszcze uciec póki nie podniósł głowy znad tej teczki nad którą pracował. Nie zamierzała jednak tego robić, odezwała się, zwróciła na siebie uwagę, pozostawało więc czekać, aż skończy to, czym się w tej chwili zajmował. Trochę jej było głupio, że odrywała mistrza od swojej pracy.
Gdy czekała na to, aż zwróci na nią uwagę rozglądała się uważnie po pomieszczeniu. Jej wzrok przykuł znajomy smoczoognik, który tym razem nie fruwał po sklepie, tylko siedział zamknięty w klatce. Ciekawe, co nabroiłeś. Podejrzewała, że jego wolność nie została ograniczona bez powodu. Pamiętała, że był dość żywym i łaknącym uwagi stworzeniem, więc na pewno coś przeskrobał, nie mogło być inaczej.
Oparła się w końcu o tę ladę i nad nią nachyliła, skutecznie oddzielała ona kobietę od kaletnika. Może to i lepiej, czasem dystans sprzyjał rozmowom.
- Aż tak źle wyglądam? - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu. Nie spodziewała się, że wyczuje zmianę w jej zachowaniu tak szybko, może powinna jednak skupić się na tym, żeby postępować bardziej normalnie. Nie chciała, aby pojawił się między nimi dystans, ale trochę też nie miała pojęcia na czym stoi, i czy to, co stało się podczas ich wspólnych wakacji nie przyniosło niepotrzebnych komplikacji.
Dostrzegła dłoń, którą wyciągnął w jej kierunku, nie udało mu się jednak jej dotknąć, a może nie chciał tego zrobić? Nie do końca umiała stwierdzić, co się wydarzyło. - Masz rację, powinnam poczekać, aż się odezwiesz, wtedy to zmieszanie miałoby jakiś sens. - Nadal bardzo ceniła sobie jego bezpośredniość, w sumie ona zawsze powodowała, że dogadywali się bez najmniejszego problemu, może też powinna do niej wrócić, tak zdecydowanie prościej było ustalać fakty.
Wyciągnęła lewą dłoń, aby poczęstować się papierosem, wcale nie przeszkadzało jej to, że paliła przed chwilą, chętnie po raz kolejny zaciągnie się dymem. - Też się cieszę, że cię widzę. - Dodała jeszcze, żeby zatrzeć to zmieszanie, które pojawiło się na początku.
Nachyliła się nieco w jego kierunku, żeby mógł odpalić jej fajka bez większego problemu, wreszcie zaciągnęła się dymem. - Yaxleya? - Uniosła głowę i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała. - Myślałam, że jestem twoim ulubionym Yaxleyem i największą atrakcją. - W końcu wydusiła z siebie te słowa, nie wiedzieć czemu wrzucił ją do jednego worka z całą resztą jej cudownej rodziny.