24.07.2024, 16:26 ✶
Nic nie poszło tak, jak powinno, ale Charlie był sam sobie winien - nie miał planu. Nie był w stanie przewidzieć tego, co mogło stać się ze świeczkami na Lammas. Mógł wcale ich nie przynosić. Mógł wcale ich nie produkować. Po czasie, wszelki żal nie przynosił jednak żadnych korzyści. Mógł jedynie dać nauczkę na przyszłość.
Pokiwał głową na odpowiedź ojca. Odpowiednio nie było właściwym słowem. Nauczył się na błędach kuzynki, lecz i w tym przypadku niewiele to dawało. Musiał się z czegoś utrzymać, a tworzenie świeczek było jedynym, miał wrażenie, co potrafił. We wszystkim innym wciąż zawodził, wciąż przynosił ojcu wstyd. Nie był aurorem, nie potrafił pracować w biurze, nie potrafił być nawet porządnym synem.
- Jeśli poczujesz się lepiej, spuszczając mi lanie, to to zrób. - Powiedział ze zrezygnowaniem. Dalej wierzył, że ojciec nie podniesie na niego ręki. Kto jak kto, ale Richard Mulciber nie mógłby zniżyć się do tego poziomu. Przesunął dłonie wyżej, wplatając palce we własne włosy.
Problemy. Ojciec pytał o problemy, a Charles nie śmiał przyznać się do żadnego. Miał co jeść, miał dach nad głową i wsparcie, którego potrzebował, a mimo to, nie potrafił się zachować. Kolejny raz pożałował, że dziewczyna z klifu wyratowała go ze spotkania z przeznaczeniem. Co prawda jego nastrój zmienił się znacząco i gdy samotniczki wywietrzały z głowy, nie miał już ochoty targnąć się na swoje życie, ale myśli, które poprzedniego dnia pojawiły się pod wpływem magii kwiatów, wciąż kołatały się w mózgu.
- Nie chciałem, żeby to miało na was wpływ. - Odpowiedział więc wymijająco, podkreślając po raz kolejny swoje wcześniejsze zamiary. - Miałem dużo planów, tato, przez moment wiedziałem, co chcę robić. Ale teraz widzę, że każdy błędny krok przynosi konsekwencje nie tylko dla mnie. A żart, który miał być niewinny, może być wykorzystany dla zysku kogoś innego, kto nie zważa na cenę, jaką ja płacę. Ja... ja chyba już nie chcę, tato. Nie potrafię ocenić ryzyka. Skoro zapoczątkowałem taką aferę przez głupie świeczki, jak bardzo zawiódłbym jako auror? Nigdy nie wierzyłeś, że mógłbym zostać aurorem, tak jak ty.
Pokiwał głową na odpowiedź ojca. Odpowiednio nie było właściwym słowem. Nauczył się na błędach kuzynki, lecz i w tym przypadku niewiele to dawało. Musiał się z czegoś utrzymać, a tworzenie świeczek było jedynym, miał wrażenie, co potrafił. We wszystkim innym wciąż zawodził, wciąż przynosił ojcu wstyd. Nie był aurorem, nie potrafił pracować w biurze, nie potrafił być nawet porządnym synem.
- Jeśli poczujesz się lepiej, spuszczając mi lanie, to to zrób. - Powiedział ze zrezygnowaniem. Dalej wierzył, że ojciec nie podniesie na niego ręki. Kto jak kto, ale Richard Mulciber nie mógłby zniżyć się do tego poziomu. Przesunął dłonie wyżej, wplatając palce we własne włosy.
Problemy. Ojciec pytał o problemy, a Charles nie śmiał przyznać się do żadnego. Miał co jeść, miał dach nad głową i wsparcie, którego potrzebował, a mimo to, nie potrafił się zachować. Kolejny raz pożałował, że dziewczyna z klifu wyratowała go ze spotkania z przeznaczeniem. Co prawda jego nastrój zmienił się znacząco i gdy samotniczki wywietrzały z głowy, nie miał już ochoty targnąć się na swoje życie, ale myśli, które poprzedniego dnia pojawiły się pod wpływem magii kwiatów, wciąż kołatały się w mózgu.
- Nie chciałem, żeby to miało na was wpływ. - Odpowiedział więc wymijająco, podkreślając po raz kolejny swoje wcześniejsze zamiary. - Miałem dużo planów, tato, przez moment wiedziałem, co chcę robić. Ale teraz widzę, że każdy błędny krok przynosi konsekwencje nie tylko dla mnie. A żart, który miał być niewinny, może być wykorzystany dla zysku kogoś innego, kto nie zważa na cenę, jaką ja płacę. Ja... ja chyba już nie chcę, tato. Nie potrafię ocenić ryzyka. Skoro zapoczątkowałem taką aferę przez głupie świeczki, jak bardzo zawiódłbym jako auror? Nigdy nie wierzyłeś, że mógłbym zostać aurorem, tak jak ty.