Wszystkie te marsze, manifestacje i inne parady zawsze wydawały się Jessiemu mało potrzebne i jakby nie do końca przemyślane. Te wszystkie pochody, wyróżniające daną grupę ornamenty i wszystkie hasełka, czasami wulgarne, czasami nie - czy nie podkreślały one tej odmienności, której uczestnicy parady próbowali zaprzeczyć? To rzucanie się w tłum z postawą aż wrzeszczącą "Macie mnie akceptować!" - czy to nie była hipokryzja? "Akceptujcie mnie", chociaż jestem "inny", ale jestem "taki sam", jak wy? Gdzie tu była logika? Czy w ten sposób ta mniejszość nie narażała się jedynie na większą nienawiść ze strony większości?
Jessie nie widział swojego miejsca w tłumie Kolorowych Ludzi, tak samo, jak wśród sympatyków charłaków, czy innych "buntownikach", ale nie dlatego, że nie zgadzał się z ich ideami, albo zupełnie go to nie interesowało. Jessie wolał się nie wychylać, ponieważ niewłaściwy ruch z jego strony mógłby zwrócić uwagę nieodpowiednich osób na jego bliskich, a na to nie mógł pozwolić. Dlatego na takie pochody patrzył z boku, czekając, aż stróżowie prawa rozgonią towarzystwo albo rozpoczną się bardziej interesujące zamieszki. Nie, żeby był fanem rozlewu krwi (może gdyby była innego koloru), ale zawsze ciekawiej było patrzeć, jak ktoś łamie nosy i podbija oczy swoimi pięściami, niż idących równym tempem ludzi, wykrzykujących hasełka, które ginęły w tłumie. Własne poglądy wolał zachować dla siebie, a jeśli już miał się z nimi dzielić, to robiłby to w małym gronie ludzi, których znał i którym ufał.
-Może mi się tylko wydawać, ale on był pewnie w twoim wieku, mamo. I chyba go tylko zachęciłaś - zaśmiał się z tego "młody człowieku", ale zaraz uśmiech mu zniknął z twarzy, widząc irytację matki. -Chyba muszę zacząć dokładniej czytać Proroka i mugolskie gazetki. Gdybym wiedział, co tu się będzie działo, zabrałbym cię jednak na Pokątną.
Do tej mugolskiej lodziarni mogliby wybrać się innym razem. Tymczasem musieli zrezygnować z niej, kiedy byli już właściwie blisko, i musieli przedzierać się między Kolorowymi Ludźmi, zwracającymi na nich mniejszą lub większą uwagę, o którą właściwie się nie prosili.
Niech tylko nikt nie próbuje jawnie podrywać Charlotte, bo to mogłoby się dobrze nie skończyć.
Bezwłosy facet bez koszulki i gwiżdżący mugol zostali w tyle, może coś tam za nimi wołali, ale ich głosy zostały albo zagłuszone, albo zignorowane.
-O ile kierowcy nie zdecydowali dołączyć do pochodu, albo kursy nie zostały odwołane przez tę całą Paradę - powiedział i wziął głęboki wdech, by opanować nie tylko nerwy, ale również ten irytujący gorąc, kumulujący się na policzkach. -Przestaje mi się to podobać.
O ile autobusy jeździły tak samo, jak w każdy inny dzień, jemu podróż mugolskim środkiem transportu nie przeszkadzał - może nie był to tak szybki sposób przemieszczania się, jak teleportacja czy świstotlik, ale z pewnością oferował czas na jakieś przemyślenia i podziwianie widoków (nawet, jeśli miało to być jedynie miasto, które widziało się dzień w dzień). Był to jeden z powodów, dla których lubił jeździć samochodem, chociaż wtedy musiał skupiać się na drodze, by nie wpaść na kogoś, albo w drzewo.
-Póki są wystarczająco głośni i wyróżniający się, trudno, by nie wywołali zamieszania. Dlatego właśnie nie lubię takich zgromadzeń.
Teraz tylko musieli trafić na autobus, który ich stąd zabierze.