Szaleństwo. Głupota. W wielu miejscach i przy wielu ludziach było bezpiecznie - na pewno nie przy Astarothcie. Zabij mnie. Jaka to byłaby śmierć - w ramionach wampira? Co by się działo? Jakby wyglądała? Pozwól mi zasnąć. Był zmęczony, ale nie był śpiący. Nie tak, jak powinien. Myślał o cieniach nocy i gwiazdach, które kochał, jak o wybawicielach. Wybawiły jego ale zaznały za wiele śmierci. Myślał o cieniach nocy i gwiazdach, które były bezduszne. O pustych skorupach ciał i krwi. O tym, że istnieją grzechy, których nie zmaże żadne mydło. Będziesz mył pięćdziesiąt razy swoje usta, ale nie zapomnisz smaku krwi. Możesz pięćdziesiąt razy umyć dłonie, a one ciągle będą się lepiły. Było też pięćdziesiąt razy więcej miejsc i osób, u których można szukać schronienia. Ale on, zamiast tego, został z Astarothem, żeby w tej przeklętej wodzie nie został sam. I teraz właśnie był sam - lania wydana wilkowi. Jestem zmęczony. Już wystarczy. Myślał o tym, że taka śmierć nie byłaby najgorsza. O tym, że chyba dotarł na jakiś kres, w którym już nie było rzeczy ważnych i istotnych. W tych cieniach nocy i pod tymi gwiazdkami, co tak słodko nam mrugają - wszystko skończyło się w tych zimnych ramionach. Pewnie odetną mu powietrze. Pewnie zamkną go w żelaznym uścisku, pogruchoczą kości. Mógłby? Na pewno byłby w stanie. W zamian mnie potrzymaj. Chyba tyle mógł ten wielki wampir zrobić? Tylko potrzymać. Tylko na chwilę. Tylko na moment...
- Zabierz mnie do domu. - Nie chciał tu zostawać. W tym przeklętym miejscu, gdzie wszystko było brudne od czerni, o której opowiadał Perseus. A dom? Dom był chociaż trochę lepszy. Trochę spokojniejszy. Nawet jeśli tyle koszmarów nauczyło się wyzierać z jego kątów. Ciekawe, czy Astaroth też ich tyle dostrzegał we własnych czterech kątach? - Trudno. - Wcale tak nie myślał. Nie chciał zamarzać. Nie chciał czuć zimna, nie lubił zimna. Nie chciał umierać i nie chciał się dusić. Pewnie to dlatego jego klatka piersiowa unosiła się w coraz głębszych oddechach - chciała go utrzymać przy życiu wbrew wszystkiemu. Jakby wiedziała. Jakby się spodziewała. Jakby podświadomość już czuła bestię, w której ramionach skończył. - A tobie... Nie jest zimno?
Zacisnął powieki, a kiedy je otworzył - było już cieplej. Ciemność jego domu przywitała ich wraz ze szczenięciem Dumy.
- M-migotku... - Nie chciał, żeby jego głos zabrzmiał tak żałośnie. Nie powinien tak brzmieć. Powinien być godny. Dostojny. Wychodzić naprzeciw oczekiwaniom. Skrzat się pojawił od razu, wystraszony i zmieszany, ale zanim zdołał coś powiedzieć, to Laurent skierował na niego spojrzenie.- Zabierz Dumę. - Skrzat skłonił się i zabrał jarczuka. A Laurent nie odsunął się od Astarotha nawet o milimetr, jeśli on sam tego nie zrobił.