24.07.2024, 23:06 ✶
Florence wiele można było zarzucić – sztywność w pewnych sytuacjach, dystans, surowość, nieraz pewną bezlitosność, zwłaszcza wobec stażystów oraz uzdrowicieli mieszających w szpitalnych zapasach, niekoniecznie zrozumiałe dla wszystkich poczucie humoru. Ale na pewno nie skrajną ślepotę. Dlatego i ona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w gronie ludzi, których zna, z którymi pracuje, a może nawet styka się na rodzinnych obiadach, znajdą się zwolennicy Voldemorta. Że może na przedramionach niektórych z nich znajdzie się mroczny znak. W tej chwili jednak nie chciała o tym myśleć: zadowalała ją świadomość, że to absolutnie niemożliwe w przypadku ojca (nigdy by czegoś takiego nie zrobił), matki (nie cierpiała bezguścia), Oriona (wielbił i hołubił zasady ministerstwa bardziej niż jakąkolwiek kobietę) i mało prawdopodobne w przypadku Atreusa (trochę za bardzo nie lubił autorytetów, aby dołączać do terrorystycznej organizacji z sekciarskim systemem władzy, mordującej ludzi jak leci w imię niepewnych zysków).
– Ekstremiści i tak za nim podążą – powiedziała, różdżką rozgrzewając czajnik, a potem sięgając po dwie filiżanki malowane w błękitne ptaki. – Rozsądni ludzie będą trzymać się z daleka. Tacy jak Dumbledore, bardziej ceniący to, co słuszne od własnego życia, zechcą z nim walczyć. Ale ci, którzy lubią czuć się lepsi i oportuniści? Większość pójdzie za nim, ale niektórzy nie znajdą w sobie dość okrucieństwa lub odwagi, by iść podpalić sierociniec. Teraz z góry wiedzą, że może się tak skończyć. Gdyby wciągnął ich wolniej, Ministerstwo wolniej by działało… a oni odkryliby, w co się zaangażowali, gdy byłoby za późno – wyjaśniła spokojnie. Czy miała rację? Niekoniecznie: patrzyła na to przez pryzmat własnych obserwacji i przemyśleń, które w niektórych punktach były słuszne, a w innych zupełnie chybione.
– Z tego, co wiem, przede wszystkim do kostnicy trafia trochę więcej ciał – stwierdziła, rozsypując do filiżanek liście herbaty, dla siebie zieloną, dla niego czarną. Śmierciożercy rzadko atakowali kogoś nie po to, aby go zabić, na razie więc w Mungu nie zapanował chaos. – Ale tak, miałam nawet wczoraj na oddziale mugolaczkę. Ktoś ją zaatakował, ale miała szczęście i uratowali ją jacyś przypadkowi ludzie.
Prawdopodobnie zresztą ktoś w jego Departamencie już został zawiadomiony o tym przypadku.
– Ojciec się martwi – dodała, nieco ciszej. Chyba to zmartwienie ojca bardziej ją niepokoiło niż wszystkie nagłówki. Przywykła ufać jego osądowi.
– Ekstremiści i tak za nim podążą – powiedziała, różdżką rozgrzewając czajnik, a potem sięgając po dwie filiżanki malowane w błękitne ptaki. – Rozsądni ludzie będą trzymać się z daleka. Tacy jak Dumbledore, bardziej ceniący to, co słuszne od własnego życia, zechcą z nim walczyć. Ale ci, którzy lubią czuć się lepsi i oportuniści? Większość pójdzie za nim, ale niektórzy nie znajdą w sobie dość okrucieństwa lub odwagi, by iść podpalić sierociniec. Teraz z góry wiedzą, że może się tak skończyć. Gdyby wciągnął ich wolniej, Ministerstwo wolniej by działało… a oni odkryliby, w co się zaangażowali, gdy byłoby za późno – wyjaśniła spokojnie. Czy miała rację? Niekoniecznie: patrzyła na to przez pryzmat własnych obserwacji i przemyśleń, które w niektórych punktach były słuszne, a w innych zupełnie chybione.
– Z tego, co wiem, przede wszystkim do kostnicy trafia trochę więcej ciał – stwierdziła, rozsypując do filiżanek liście herbaty, dla siebie zieloną, dla niego czarną. Śmierciożercy rzadko atakowali kogoś nie po to, aby go zabić, na razie więc w Mungu nie zapanował chaos. – Ale tak, miałam nawet wczoraj na oddziale mugolaczkę. Ktoś ją zaatakował, ale miała szczęście i uratowali ją jacyś przypadkowi ludzie.
Prawdopodobnie zresztą ktoś w jego Departamencie już został zawiadomiony o tym przypadku.
– Ojciec się martwi – dodała, nieco ciszej. Chyba to zmartwienie ojca bardziej ją niepokoiło niż wszystkie nagłówki. Przywykła ufać jego osądowi.