25.07.2024, 08:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.07.2024, 09:00 przez The Lightbringer.)
Odchylił głowę, wystawiając twarz na ostatnie promienie chylącego się ku zachodowi llipcowego słońca. Przymknął oczy. Był sam, ale nie był samotny. Błogosławił nadchodzący sierpień, wdzięczny za wszystko, co przyniósł mu mijający miesiąc: wdzięczny za lejący się z nieba gorąc, który spływał potem po napiętych od wysiłku ramionach, kiedy Jim ćwiczył na arenie, wdzięczny za letnie pożary – wiedział, że nie powinien, ale zapominał o wyrzutach sumienia ledwie spoglądał w płomienie, a dotykając zgliszczy nie czuł nawet wstydu, tylko intoksykujący smak popiołu i benzyny na języku – wdzięczny za cyklony i za gwałtowne burze, przypominające gniewne oczy kobiety stworzonej z jego żebra.
Uśmiechnął się, chociaż nikt nie mógł zobaczyć jego uśmiechu. Dobrze było wrócić do domu.
Aportował się nieopodal przyczep, w niewielkim zagajniku oddalonym od cyrkowego namiotu, a jego przybycia nie zwiastowały trąby jerychońskie ani chóry anielskie, a jedynie ciche trzaśnięcie, przywodzące na myśl trzask płonącego ogniska. Święty Krzysztofie, módl się za nami, przeżegnał się z namaszczeniem Jim, dziękując patronowi podróżnych za szczęśliwą teleportację. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę Fantasmagorii, mrucząc pod nosem ulubiony hymn do Maryi. Zaczynał się bowiem sierpień – drugi po maju miesiąc maryjny – niedługo uroczystość wniebowzięcia Najświętszej Panienki, pomyślał Jim, nim się obejrzy, miną wrzesień i październik – szybciej niż przesunie między palcami paciorki różańca – zaraz znowu będzie wszystkich świętych, pełen oczekiwania adwent i Boże Narodzenie… Zdawałoby się, że ledwo wczoraj śpiewał pieśni na Boże Ciało, a nie dalej jak tydzień tylko, odkąd skończył pościć przed triduum paschalnym i Niedzielą Zmartwychwstania!
Zarzucił na ramię długi łańcuch suto zdobionej kadzielnicy, którą zręcznie kołysał w powietrzu przed sobą, w nabożnym skupieniu okadzając wonnym dymem cyrkowe włości – druid ze swym trybularzem – wkraczając do pawilonu w akompaniamencie cichego brzęczenia dzwoneczków przytroczonych do grawerowanej kasolety. Bosy i z rozwianym włosem wycelował palcem w zaspanego Nicholasa – straszny i majestatyczny jak Bóg – jednym skinieniem tworzący nowe wszechświaty, jednym skinieniem skazujący je na zagładę. Rodzeństwo dobrze znało ten śmiały gest – często poprzedzał długie oracje tchnące zbożnym szaleństwem – zapewne już wstrzymywali oddech, już wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, już zastanawiali się, czy nie obrać go za nowy cel w konkurencji rzucania nożami… Ale Jim nie przemówił do nich z kaznodziejskiej ambony wyższości, nie, Jim tylko uśmiechnął się cwaniacko.
– Nowy rekwizyt. W sam raz do spirytystycznego numeru – rzucił nonszalancko. Tylko iskry błyskające żywo wokół aureoli rozpuszczonych blond włosów zdradzały, że jest ze swojego trofeum – i z siebie samego zarazem – bardzo zadowolony. Opuścił dłoń, aby podnieść liturgiczne utensylium na wysokość oczu. – Siedemnastowieczna kadzielnica. Złota, ale skromna.
I wypchana po brzegi zielskiem, które kopciło się w metalowym koszyczku miękkim, gęstym dymem ulatując ku niebu przez podziurkowane blaszki ażurowej przykrywki – nie wiadomo, czy na chwałę boską czy szatańską.
Ale sierpień jeszcze się formalnie nie zaczął, a Jim spóźnił się na rodzinne posiedzenie – skąd miał więc wiedzieć, że Alexander zarządził wcześniejszą celebrację miesiąca abstynencji?
Postawił wonącą kadzielnicę możliwie najbliżej Fiery i Flynna – jeżeli ktoś tutaj potrzebował rytualnego okadzenia, to z pewnością ta dwójka, zbyt często pakowali się razem w tarapaty – niechcący naruszył przy tym jednak piętrzący się obok stos noży, zrzucając ze stołu jeden z nich. Ostrze wbiło się w ziemię.
Jim akurat schylał się by podnieść sztylet, kiedy coś głośno strzyknęło mu w plecach. Efekt nocy spędzonej na modlitwie krzyżem na twardej ziemi – należało przecież podziękować Bogu za obfitość otrzymanych łask. Chętnie wymieniłby połowę na kręgosłup odporny na kontuzje, pomyślał z niesmakiem. Obrócił nóż w dłoni z zamyśleniem Abrahama składającego ofiarę z jedynego syna. Podziwiał sposób, w jaki został wyważony, to, jak doskonale wpasowywał się w dłoń, okiem znawcy zatrzymując się najdłużej na kunsztownie wykonanej rękojeści.
Z szacunkiem odłożył sztylet z powrotem na miejsce, zanim usadowił się wygodnie obok Layli.
Uśmiechnął się, chociaż nikt nie mógł zobaczyć jego uśmiechu. Dobrze było wrócić do domu.
Aportował się nieopodal przyczep, w niewielkim zagajniku oddalonym od cyrkowego namiotu, a jego przybycia nie zwiastowały trąby jerychońskie ani chóry anielskie, a jedynie ciche trzaśnięcie, przywodzące na myśl trzask płonącego ogniska. Święty Krzysztofie, módl się za nami, przeżegnał się z namaszczeniem Jim, dziękując patronowi podróżnych za szczęśliwą teleportację. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę Fantasmagorii, mrucząc pod nosem ulubiony hymn do Maryi. Zaczynał się bowiem sierpień – drugi po maju miesiąc maryjny – niedługo uroczystość wniebowzięcia Najświętszej Panienki, pomyślał Jim, nim się obejrzy, miną wrzesień i październik – szybciej niż przesunie między palcami paciorki różańca – zaraz znowu będzie wszystkich świętych, pełen oczekiwania adwent i Boże Narodzenie… Zdawałoby się, że ledwo wczoraj śpiewał pieśni na Boże Ciało, a nie dalej jak tydzień tylko, odkąd skończył pościć przed triduum paschalnym i Niedzielą Zmartwychwstania!
Zarzucił na ramię długi łańcuch suto zdobionej kadzielnicy, którą zręcznie kołysał w powietrzu przed sobą, w nabożnym skupieniu okadzając wonnym dymem cyrkowe włości – druid ze swym trybularzem – wkraczając do pawilonu w akompaniamencie cichego brzęczenia dzwoneczków przytroczonych do grawerowanej kasolety. Bosy i z rozwianym włosem wycelował palcem w zaspanego Nicholasa – straszny i majestatyczny jak Bóg – jednym skinieniem tworzący nowe wszechświaty, jednym skinieniem skazujący je na zagładę. Rodzeństwo dobrze znało ten śmiały gest – często poprzedzał długie oracje tchnące zbożnym szaleństwem – zapewne już wstrzymywali oddech, już wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, już zastanawiali się, czy nie obrać go za nowy cel w konkurencji rzucania nożami… Ale Jim nie przemówił do nich z kaznodziejskiej ambony wyższości, nie, Jim tylko uśmiechnął się cwaniacko.
– Nowy rekwizyt. W sam raz do spirytystycznego numeru – rzucił nonszalancko. Tylko iskry błyskające żywo wokół aureoli rozpuszczonych blond włosów zdradzały, że jest ze swojego trofeum – i z siebie samego zarazem – bardzo zadowolony. Opuścił dłoń, aby podnieść liturgiczne utensylium na wysokość oczu. – Siedemnastowieczna kadzielnica. Złota, ale skromna.
I wypchana po brzegi zielskiem, które kopciło się w metalowym koszyczku miękkim, gęstym dymem ulatując ku niebu przez podziurkowane blaszki ażurowej przykrywki – nie wiadomo, czy na chwałę boską czy szatańską.
Ale sierpień jeszcze się formalnie nie zaczął, a Jim spóźnił się na rodzinne posiedzenie – skąd miał więc wiedzieć, że Alexander zarządził wcześniejszą celebrację miesiąca abstynencji?
Postawił wonącą kadzielnicę możliwie najbliżej Fiery i Flynna – jeżeli ktoś tutaj potrzebował rytualnego okadzenia, to z pewnością ta dwójka, zbyt często pakowali się razem w tarapaty – niechcący naruszył przy tym jednak piętrzący się obok stos noży, zrzucając ze stołu jeden z nich. Ostrze wbiło się w ziemię.
Jim akurat schylał się by podnieść sztylet, kiedy coś głośno strzyknęło mu w plecach. Efekt nocy spędzonej na modlitwie krzyżem na twardej ziemi – należało przecież podziękować Bogu za obfitość otrzymanych łask. Chętnie wymieniłby połowę na kręgosłup odporny na kontuzje, pomyślał z niesmakiem. Obrócił nóż w dłoni z zamyśleniem Abrahama składającego ofiarę z jedynego syna. Podziwiał sposób, w jaki został wyważony, to, jak doskonale wpasowywał się w dłoń, okiem znawcy zatrzymując się najdłużej na kunsztownie wykonanej rękojeści.
Z szacunkiem odłożył sztylet z powrotem na miejsce, zanim usadowił się wygodnie obok Layli.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić