25.07.2024, 14:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.07.2024, 23:20 przez Charles Mulciber.)
Charlie nie znał siły paska, więc ta go zdziwiła, gdy dźwięk poniósł się po gabinecie. I chociaż temat dziadka Francisa był dalekim od ulubionych poruszanych przez dzieci w domu, Charles wiedział co nieco o sposobach wychowawczych przodka z różnych rozmów członków rodziny. Tym bardziej było mu wstyd, gdy zmusił ojca do wstąpienia do ścieżkę tej przebrzydłej istoty. Do niczego takiego nigdy nie powinno dojść. Syn był jak ułożony piesek, który stał się zbyt pewny siebie po spuszczeniu ze smyczy. Teraz należało wrócić do pana.
- Nie jesteś taki, tato. - Zaprzeczył natychmiast, gdy ojciec podzielił się swoim spojrzeniem na sprawę. - Dbasz o nas, sam! Jesteś dobrą osobą. - Zapewnił, bo nigdy nie miał na ojca innego spojrzenia. W oczach Charlesa Richard nie był idealny, ale blisko mu było do tego poziomu. - Przygotuję życiorys i pójdę poszukać pracy z samego rana w poniedziałek. - Obiecał. Nie przychodziło mu to łatwo, z czasem zdał sobie sprawę z faktu, że woli pracę manualną, czy nawet w terenie, wszystko, by nie ugrząźć za biurkiem! Jeśli jednak miał się męczyć dla odpokutowania win, zrobi to. - Dziękuję, tato. Ja zapytam cioci Lorien, czy nie wie o jakiejś posadzie dla początkującego, może w Ministerstwie? O ile będzie chciała mnie polecić. - Dodał. Nad tym się nie zastanawiał, bo choć był pewny, że Robert musi nim gardzić, co czuła cioteczka? Czy też była zawstydzona jego wybrykami? Zagryzł wargę.
Czarownica leżała na biurku jak smutny dowód niesubordynacji. Charlie nie odważył się spojrzeć w kierunku magazynu, najchętniej wrzuciłby go do ognia!
- Wstrzymam się tak długo, jak będzie to potrzebne. Albo całkowicie porzucę ten styl, gdy zainteresowanie ucichnie. - Snuł, bo i nie wiedział, na jak długo szał fallusowy zagościł wśród czarodziejów. Niewykluczonym było, że wkrótce kurz opadnie i nikt już nie będzie pamiętał o mandżurskich ostrygach.
Nie było mu potrzebne mieszkanie. Nie dopuszczał nawet do siebie możliwości rychłego ożenku i dzieci. Nie czuł się dość dorosły, nie sądził, by był to dobry okres na zakładanie rodziny. Zresztą, Leonard miał zająć się tym pierwszy, a wciąż jeszcze nie miał nawet narzeczonej. Pokój wydawał się aż nadto odpowiedni, do tego był przecież tańszy. Nie należało obarczać ojca, a następnie siebie, niepotrzebnymi kosztami. Zgodził się skinieniem głowy. Rozmowa uspokajała się i chyba zbliżała ku końcowi, więc ostatnie, czego Charlie się spodziewał, to użycie siły. Choć nie był to pas ani nie cios, który ojciec z pewnością mógłby wymierzyć z pełną siłą, policzek sprawił, że Charles musiał w moment otrzeźwieć i wyrwać się z marazmu i żalu skierowanego ku swojej osobie. Uniósł dłoń do policzka, a oczy na ojca. I chociaż chciał coś powiedzieć, zamiast tego poderwał się z miejsca i w dość sztywnym, zupełnie niezręcznym ruchu objął ojca. Richard był wyższy o całe dziesięć centymetrów, więc bez przeszkód mógł oprzeć głowę o jego ramię.
- Obiecuję ci, tato, że tym razem cię nie zawiodę. Zrobię wszystko, żebyś był ze mnie dumny. - Oświadczył. - Przepraszam, że zapomniałem, że to rodzina jest najważniejsza. Więcej o tym nie zapomnę.
- Nie jesteś taki, tato. - Zaprzeczył natychmiast, gdy ojciec podzielił się swoim spojrzeniem na sprawę. - Dbasz o nas, sam! Jesteś dobrą osobą. - Zapewnił, bo nigdy nie miał na ojca innego spojrzenia. W oczach Charlesa Richard nie był idealny, ale blisko mu było do tego poziomu. - Przygotuję życiorys i pójdę poszukać pracy z samego rana w poniedziałek. - Obiecał. Nie przychodziło mu to łatwo, z czasem zdał sobie sprawę z faktu, że woli pracę manualną, czy nawet w terenie, wszystko, by nie ugrząźć za biurkiem! Jeśli jednak miał się męczyć dla odpokutowania win, zrobi to. - Dziękuję, tato. Ja zapytam cioci Lorien, czy nie wie o jakiejś posadzie dla początkującego, może w Ministerstwie? O ile będzie chciała mnie polecić. - Dodał. Nad tym się nie zastanawiał, bo choć był pewny, że Robert musi nim gardzić, co czuła cioteczka? Czy też była zawstydzona jego wybrykami? Zagryzł wargę.
Czarownica leżała na biurku jak smutny dowód niesubordynacji. Charlie nie odważył się spojrzeć w kierunku magazynu, najchętniej wrzuciłby go do ognia!
- Wstrzymam się tak długo, jak będzie to potrzebne. Albo całkowicie porzucę ten styl, gdy zainteresowanie ucichnie. - Snuł, bo i nie wiedział, na jak długo szał fallusowy zagościł wśród czarodziejów. Niewykluczonym było, że wkrótce kurz opadnie i nikt już nie będzie pamiętał o mandżurskich ostrygach.
Nie było mu potrzebne mieszkanie. Nie dopuszczał nawet do siebie możliwości rychłego ożenku i dzieci. Nie czuł się dość dorosły, nie sądził, by był to dobry okres na zakładanie rodziny. Zresztą, Leonard miał zająć się tym pierwszy, a wciąż jeszcze nie miał nawet narzeczonej. Pokój wydawał się aż nadto odpowiedni, do tego był przecież tańszy. Nie należało obarczać ojca, a następnie siebie, niepotrzebnymi kosztami. Zgodził się skinieniem głowy. Rozmowa uspokajała się i chyba zbliżała ku końcowi, więc ostatnie, czego Charlie się spodziewał, to użycie siły. Choć nie był to pas ani nie cios, który ojciec z pewnością mógłby wymierzyć z pełną siłą, policzek sprawił, że Charles musiał w moment otrzeźwieć i wyrwać się z marazmu i żalu skierowanego ku swojej osobie. Uniósł dłoń do policzka, a oczy na ojca. I chociaż chciał coś powiedzieć, zamiast tego poderwał się z miejsca i w dość sztywnym, zupełnie niezręcznym ruchu objął ojca. Richard był wyższy o całe dziesięć centymetrów, więc bez przeszkód mógł oprzeć głowę o jego ramię.
- Obiecuję ci, tato, że tym razem cię nie zawiodę. Zrobię wszystko, żebyś był ze mnie dumny. - Oświadczył. - Przepraszam, że zapomniałem, że to rodzina jest najważniejsza. Więcej o tym nie zapomnę.