Celine mogła nie zauważyć, że Urlett dotarła do niej z pewnym opóźnieniem. A ledwo pojawiła się obok, już musiała podążyć do kolejnego punktu, jakim była Camille.
Temat zastawiania biżuterii oczywistym sposobem przesunął spojrzenie Urlett na Aryamana. Nie znała się na tym tak bardzo, ale cudaczna obroża kłuła po oczach swoją wartością. Tak jak Celine wspomniała — okropne paskudztwo. Czarownica pokiwała głową na potwierdzenie słów koleżanki.
Uważnie wsłuchała się w słowa Camille. Zabawne, bo sama nie miała przy sobie niemal żadnej gotówki. Nie planowała brać udziału w grach, a gdyby do tego doszło, jej prosta biżuteria nie zapewniłaby długiej rozgrywki.
Ale co to, do towarzystwa przybyła kolejna osoba. Słysząc męski głos, Urlett odruchowo rzuciła krótkim spojrzeniem na dłoń Atreusa, by wybadać jego status matrymonialny.
— Urlett Reykjavík z rodu Nordgersim, mi również niezmiernie miło poznać. — Posłała mu swój niespokojny uśmiech i poczęstowała staroświeckim dygnięciem. Ktoś inny zacząłby się stresować, że zaraz zapomni tych wszystkich imion. W przypadku Urlett było na odwrót. Zapamiętywała wszystkie, nawet te, które jej absolutnie nie interesowały. Przekleństwo niemieszanych genów.