10.01.2023, 14:17 ✶
Mackenzie miała dostateczne problemy ze swoją głową i bez środków halucynogennych. Nie było to jednak coś, do czego przyznałaby się na głos.
- Obyś się myliła. Bo jeżeli masz rację, mogą tu być inne niespodzianki – mruknęła Greengrass. Straszenie straszeniem, ale do niepokoju pobytem na bagnie, nieprzyjemnego uczucia odcięcia od magii, dołączyła jeszcze myśl o tym, że po okolicy mógł kręcić się jakiś psychopata.
Mackenzie już chciała podjąć przerwaną wędrówkę, gdy Gerdaline zaklęła. Najwyraźniej podobnie jak wcześniej sama Green, utknęła w błotnistej, dziwnej mazi, wypełniającej okolicę, ale że była wyższa i cięższa, nie zdołała się uwolnić.
- Cudownie. Poczekaj chwilę – poprosiła. Najpierw dokładnie sprawdziła kijem podłoże w pobliżu kobiety, bo gdyby sama też się tam zapadła, za nic nie zdołałaby jej pomóc. Kiedy już namierzyła miejsce, które wydało się jej dobrym do stanięcia tak pewnie, jak tylko dało się na tych cholernych bagnach, wbiła gałąź w ziemię w pobliżu, a potem przyklękła w błocie, chwytając nogę Yaxley na wysokości łydki. Pewnie skuteczniej byłoby ciągnąć od góry, ujmując ją pod pachami, ale tu problemem stanowiła różnica wzrostu. Mackenzie po prostu nie dałaby rady odpowiednio kobiety złapać.
- Na trzy… raz, dwa, trzy – odliczyła, przy „trójce” z całej siły ciągnąc nogę Geraldine w górę. Błoto zabulgotało, jakby było czymś żywym, co bardzo nie chciało wypuścić swojej „zdobyczy”, but jednak drgnął, idąc wreszcie w górę, choć ręce i spodnie Mackenzie przepięknie się przy całej procedurze ubabrały.
- Tu jest głębiej niż tam, gdzie szłyśmy. Może te szmaty… miały zwabić w niebezpieczny rejon – wymamrotała Gryfonka. Jeżeli szło o nią, chciała jak najszybciej oddalić się od miejsca, gdzie znalazły się te szmaty imitujące trupa.
Może przesadzała, ale atmosfera bagien, przedziwne zapachy, mgła, ograniczona widoczność, sprawiały, że w jej głowie powstawały różne szalone teorie.
- Obyś się myliła. Bo jeżeli masz rację, mogą tu być inne niespodzianki – mruknęła Greengrass. Straszenie straszeniem, ale do niepokoju pobytem na bagnie, nieprzyjemnego uczucia odcięcia od magii, dołączyła jeszcze myśl o tym, że po okolicy mógł kręcić się jakiś psychopata.
Mackenzie już chciała podjąć przerwaną wędrówkę, gdy Gerdaline zaklęła. Najwyraźniej podobnie jak wcześniej sama Green, utknęła w błotnistej, dziwnej mazi, wypełniającej okolicę, ale że była wyższa i cięższa, nie zdołała się uwolnić.
- Cudownie. Poczekaj chwilę – poprosiła. Najpierw dokładnie sprawdziła kijem podłoże w pobliżu kobiety, bo gdyby sama też się tam zapadła, za nic nie zdołałaby jej pomóc. Kiedy już namierzyła miejsce, które wydało się jej dobrym do stanięcia tak pewnie, jak tylko dało się na tych cholernych bagnach, wbiła gałąź w ziemię w pobliżu, a potem przyklękła w błocie, chwytając nogę Yaxley na wysokości łydki. Pewnie skuteczniej byłoby ciągnąć od góry, ujmując ją pod pachami, ale tu problemem stanowiła różnica wzrostu. Mackenzie po prostu nie dałaby rady odpowiednio kobiety złapać.
- Na trzy… raz, dwa, trzy – odliczyła, przy „trójce” z całej siły ciągnąc nogę Geraldine w górę. Błoto zabulgotało, jakby było czymś żywym, co bardzo nie chciało wypuścić swojej „zdobyczy”, but jednak drgnął, idąc wreszcie w górę, choć ręce i spodnie Mackenzie przepięknie się przy całej procedurze ubabrały.
- Tu jest głębiej niż tam, gdzie szłyśmy. Może te szmaty… miały zwabić w niebezpieczny rejon – wymamrotała Gryfonka. Jeżeli szło o nią, chciała jak najszybciej oddalić się od miejsca, gdzie znalazły się te szmaty imitujące trupa.
Może przesadzała, ale atmosfera bagien, przedziwne zapachy, mgła, ograniczona widoczność, sprawiały, że w jej głowie powstawały różne szalone teorie.