Zmarszczyła brwi, unosząc jedną kartkę z pliku pod światło. Może jak obróci ją wystarczająco wiele razy, zrozumie, po co instruktorowi kolejny ten sam wniosek, tylko starszy o parę dekad. Papierologię traktowała tak samo jak większość z pracowników terenowych, jako nieprzyjemną część obowiązującej rzeczywistości, ale kurs aurorski nauczał ją nawet dobitniej meandrów wszelkiego rodzaju pism. Dopiero niedawno zrozumiała, że jeśli coś da się ująć w formie dyktowanej, to na pewno znajduje się to w archiwum Departamentu.
Wyjątkowo miała na sobie mundur. Rutynową, aczkolwiek nieprzyjemną częścią kursu stanowiły regularne komisje, podczas których musiała składać raport wraz z innymi kandydatami na temat swoich postępów wobec zbliżającego się terminu egzaminu. Pech chciał, by jednym z tych dni okazało się dzisiaj. Miedziane elementy marynarki wyglądały dla kobiety obco, ale dodawały w pewnym stopniu jej zwyczajnemu wyglądowi łagodności. Prawie jak biżuteria. Tęskniła za dobrze znanym mundurem brygadzistów, wpasowanym w jej ciało materiałem koszuli i znajomym ciężarem złotego "M" na pasku u spodni. Słowa "stażysta aurorski" wciąż jeszcze nie przechodziły do końca Idzie przez gardło, najchętniej bowiem przeskoczyłaby nad tym etapem wprost do ryzykowania życia i zdrowia, oraz przedzierania się przez bagna Lancashire. Rozsądkiem wiedziała jednak, że by udowodnić wszystkim swoje umiejętności, musiała przyłożyć się do całego procesu ponad wszelkie siły pozostałych kandydatów. Za żadne skarby nie zamierzała opierać się wyłącznie na swoim nazwisku, nawet jeśli jego moc łatwo można było poddać w wątpliwość. Czarne lakierki zatrzymały się w półkroku, oznajmiając swoją piskliwą obecność na lśniącej posadzce. Oczywiście.
Na gacie Merlina, nie dość, że inwentaryzacja opóźniła cały proces rozkładania spraw, to jeszcze teraz miała czekać kolejne pół godziny na swoją kolejkę w towarzystwie nikogo innego, jak nie złotego dziecka ich wydziału. Przerośniętego dziecka. Wcisnęła dokument do pliku całej reszty teczki, zamykając ją z pustym trzaskiem.
Jeden z pierwszych instruktorów, jeszcze za czasów kwalifikacji do Brygady tłumaczył Idzie i reszcie swoich podopiecznych, że Ministerstwo przypomina bardziej niż organizację, żywy organizm. Jak każda szanująca się instytucja posiada różne organy, które bez współpracy nie działałyby tak samo dobrze.
Co za tym idzie, poszczególne części są bardziej, lub mniej widoczne dla pobieżnego obserwatora. Jeśli Biuro miałoby zatem mieć twarz, równie dobrze do tej roli mógłby występować w dość bezkonkurencyjnym castingu Erik Longbottom. Moody nie potrzebowała wysilać swoich zdolności obserwacji, by chociażby tym pozorom przyznać częściową rację. Wywodzący się z prominentnego rodu mężczyzna wyglądał, jakby urwał się z ilustracji podręcznikowego bohatera i chyba tylko fakt, że znajdowali się pod ziemią, powstrzymywał słońce, by rzucało na jego twarz promienie glorii chwały.
Godny zaufania, medialny i pasujący do stawiania go za wzór przed reporterami, Erik stanowił materiał idealny na maskotkę Służb. Reprezentował bowiem w zasadzie wszystko to, czym Zeneida nie była.
Aż do bólu, nierzadko własnego, skuteczna, kierująca się ścieżkami, o których nie wszyscy powiedzieliby, że są konwencjonalnymi, za bratnią część swojej kariery wybrała cień. Jemu mogła zaufać, że ukryje przed nieschlebiającym spojrzeniem sekrety i zapewni bezpieczeństwo. Patrząc na Longbottoma, nie była pewna, co było prawdą, a co tylko pustą fasadą. Najciemniej w końcu jest pod samą latarnią.
— No dobra panie Longbottom. — Westchnęła, zakładając ramiona na siebie w zblazowanym ruchu. — To jest twój moment, żeby zabłysnąć. — Rozłożyła lewą rękę w zamaszystym geście, jakby instruowała nieistniejącą widownię przed trikiem magika. — Zrób coś z tą kolejką. — Przez melodyjny głos przebiła się nuta kpiny. Jeśli miała tu czekać, równie dobrze mogła zrobić coś, żeby się nie nudzić. Albo nie stresować przed nadchodzącą komisją aurorską.
Wyjątkowo miała na sobie mundur. Rutynową, aczkolwiek nieprzyjemną częścią kursu stanowiły regularne komisje, podczas których musiała składać raport wraz z innymi kandydatami na temat swoich postępów wobec zbliżającego się terminu egzaminu. Pech chciał, by jednym z tych dni okazało się dzisiaj. Miedziane elementy marynarki wyglądały dla kobiety obco, ale dodawały w pewnym stopniu jej zwyczajnemu wyglądowi łagodności. Prawie jak biżuteria. Tęskniła za dobrze znanym mundurem brygadzistów, wpasowanym w jej ciało materiałem koszuli i znajomym ciężarem złotego "M" na pasku u spodni. Słowa "stażysta aurorski" wciąż jeszcze nie przechodziły do końca Idzie przez gardło, najchętniej bowiem przeskoczyłaby nad tym etapem wprost do ryzykowania życia i zdrowia, oraz przedzierania się przez bagna Lancashire. Rozsądkiem wiedziała jednak, że by udowodnić wszystkim swoje umiejętności, musiała przyłożyć się do całego procesu ponad wszelkie siły pozostałych kandydatów. Za żadne skarby nie zamierzała opierać się wyłącznie na swoim nazwisku, nawet jeśli jego moc łatwo można było poddać w wątpliwość. Czarne lakierki zatrzymały się w półkroku, oznajmiając swoją piskliwą obecność na lśniącej posadzce. Oczywiście.
Na gacie Merlina, nie dość, że inwentaryzacja opóźniła cały proces rozkładania spraw, to jeszcze teraz miała czekać kolejne pół godziny na swoją kolejkę w towarzystwie nikogo innego, jak nie złotego dziecka ich wydziału. Przerośniętego dziecka. Wcisnęła dokument do pliku całej reszty teczki, zamykając ją z pustym trzaskiem.
Jeden z pierwszych instruktorów, jeszcze za czasów kwalifikacji do Brygady tłumaczył Idzie i reszcie swoich podopiecznych, że Ministerstwo przypomina bardziej niż organizację, żywy organizm. Jak każda szanująca się instytucja posiada różne organy, które bez współpracy nie działałyby tak samo dobrze.
Co za tym idzie, poszczególne części są bardziej, lub mniej widoczne dla pobieżnego obserwatora. Jeśli Biuro miałoby zatem mieć twarz, równie dobrze do tej roli mógłby występować w dość bezkonkurencyjnym castingu Erik Longbottom. Moody nie potrzebowała wysilać swoich zdolności obserwacji, by chociażby tym pozorom przyznać częściową rację. Wywodzący się z prominentnego rodu mężczyzna wyglądał, jakby urwał się z ilustracji podręcznikowego bohatera i chyba tylko fakt, że znajdowali się pod ziemią, powstrzymywał słońce, by rzucało na jego twarz promienie glorii chwały.
Godny zaufania, medialny i pasujący do stawiania go za wzór przed reporterami, Erik stanowił materiał idealny na maskotkę Służb. Reprezentował bowiem w zasadzie wszystko to, czym Zeneida nie była.
Aż do bólu, nierzadko własnego, skuteczna, kierująca się ścieżkami, o których nie wszyscy powiedzieliby, że są konwencjonalnymi, za bratnią część swojej kariery wybrała cień. Jemu mogła zaufać, że ukryje przed nieschlebiającym spojrzeniem sekrety i zapewni bezpieczeństwo. Patrząc na Longbottoma, nie była pewna, co było prawdą, a co tylko pustą fasadą. Najciemniej w końcu jest pod samą latarnią.
— No dobra panie Longbottom. — Westchnęła, zakładając ramiona na siebie w zblazowanym ruchu. — To jest twój moment, żeby zabłysnąć. — Rozłożyła lewą rękę w zamaszystym geście, jakby instruowała nieistniejącą widownię przed trikiem magika. — Zrób coś z tą kolejką. — Przez melodyjny głos przebiła się nuta kpiny. Jeśli miała tu czekać, równie dobrze mogła zrobić coś, żeby się nie nudzić. Albo nie stresować przed nadchodzącą komisją aurorską.
give me a bitter glory.