26.07.2024, 00:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2024, 00:53 przez Alexander Mulciber.)
Wkurwiam rodzinę.
Alexander pomyślał, że Bagshot musi być niespełna rozumu, skoro głośno chwali się uczestnictwem w masowych pogromach mugoli, ale sam nic nie powiedział, nawet nie odwrócił głowy w stronę dziennikarza – nie chciał się bowiem zdradzić, że słucha. Odchodząc od stolika do gry w pokera dostrzegł wśród gości sylwetkę Eden. Już miał kierować swoje kroki w tamtą stronę, chcąc trochę ją podręczyć, jak przystało na wiernego małżonka ale ktoś inny przyciągnął jego uwagę.
Wiesz, gdy ja byłam w twoim wieku…
Odwrócił się, kierując swoje kroki ku jednemu ze stolików. Wiedział, co przyjdzie mu za chwilę usłyszeć.
…W życiu nie przyszłoby mi do głowy wybrać się w takie miejsce bez wiedzy rodziców. W dodatku kompletnie bez pieniędzy.
Zmaterializował się u boku Roberta Mulcibera z papierosem w ręku, z doskonale zobojętniałą miną nie wyrażającą żadnych emocji. Ale coś zmieniło się w Alexandrze – coś nieuchwytnego na pierwszy rzut oka – wydawał się dziwniejszy, nieco mniej ludzki, młodszy i starszy zarazem.
Windermere coś w nim zmieniło.
Widać to było w eleganckich liniach zapadłej, gładko ogolonej twarzy, w tym, jak trzymał plecy prosto, zamiast się garbić, widać to było nawet po sposobie, z jakim ćmił papierosa. W jego oczach dalej gościła ta sama pustka, ale zwykle mętne spojrzenie niebieskich ślepi krystalizowało się z nienaturalną przenikliwością na twarzach rodziny. Wydawał się odległy, ale przecież bliższy starego Alexa – tego, którego część zgromadzonych tu gości znała przed laty – choć sam nie miał o tym pojęcia.
Położył dłoń na oparciu krzesła Lorien.
Lodowate ślepia pociemniały, kiedy prześlizgnął się pożądliwie wzrokiem po jej szyi: tym razem nie miał złych intencji, nie, przyciągnął go wyłącznie błysk łańcuszka, na którym wisiała znajoma zawieszka z symbolem wagi. Spojrzał prosto w naznaczone klątwą oczy kobiety, wyciągając dłoń, by ująć na chwilę wisiorek w palce. Rzucał jej wyzwanie.
W życiu to nie przyszłoby ci do głowy wybrać się w miejsce, gdzie narzuca się limit w ilości galeonów, o którą możesz podbić stawkę, bo zawsze za bardzo lubiłaś grać vabank, pieprzona hipokrytko.
Kącik ust Mulcibera drgnął zdradziecko.
– Zawsze byłaś taką grzeczną dziewczynką, Lorien – wypuścił z palców naszyjnik z miną wyrażającą zblazowaną obojętność, choć wiedział, że jeszcze tego wieczora zagrają w karty o błyskotkę, i napawało go to entuzjazmem – pozwól może młodym się wyszaleć.
Opadł na wolne krzesło obok, skinieniem głowy witając się z Robertem. Bez słowa przeniósł ciężkie spojrzenie na twarz rudej pannicy, przypominającej urokiem pensjonarkę obwieszoną biżuterią wydartą z matczynej szkatułki. Ach tak, córka Roberta, Sonya czy jakoś tak, zapewne owoc mezaliansu z jakąś Weasleyówną: mało kto zapewne podejrzewał kuzyna o tak egzotyczny apetyt, ale nie od dzisiaj wiadomym było, że im bardziej człowiekowi zależy na kontroli, tym gorsze impulsy jest zmuszony w sobie tłumić, a Robert – w ocenie Alexa – był człowiekiem, który tej kontroli potrzebował jak Atreus Bulstrode wpierdolu. To znaczy bardzo. Podsunął dziewczynie papierosa, nie patrząc jednak ani na nią, ani na Lorien: nie, on obserwował reakcję Roberta.
Sam zaciągnął się nieśpiesznie papierosem, rozwalając wygodnie na krześle ze zwyczajową manierą, zanim wypowiedział na głos cztery magiczne słowa.
– Jak było we Francji?
Alexander uśmiechnął się paskudnie.
Alexander pomyślał, że Bagshot musi być niespełna rozumu, skoro głośno chwali się uczestnictwem w masowych pogromach mugoli, ale sam nic nie powiedział, nawet nie odwrócił głowy w stronę dziennikarza – nie chciał się bowiem zdradzić, że słucha. Odchodząc od stolika do gry w pokera dostrzegł wśród gości sylwetkę Eden. Już miał kierować swoje kroki w tamtą stronę, chcąc trochę ją podręczyć, jak przystało na wiernego małżonka ale ktoś inny przyciągnął jego uwagę.
Wiesz, gdy ja byłam w twoim wieku…
Odwrócił się, kierując swoje kroki ku jednemu ze stolików. Wiedział, co przyjdzie mu za chwilę usłyszeć.
…W życiu nie przyszłoby mi do głowy wybrać się w takie miejsce bez wiedzy rodziców. W dodatku kompletnie bez pieniędzy.
Zmaterializował się u boku Roberta Mulcibera z papierosem w ręku, z doskonale zobojętniałą miną nie wyrażającą żadnych emocji. Ale coś zmieniło się w Alexandrze – coś nieuchwytnego na pierwszy rzut oka – wydawał się dziwniejszy, nieco mniej ludzki, młodszy i starszy zarazem.
Windermere coś w nim zmieniło.
Widać to było w eleganckich liniach zapadłej, gładko ogolonej twarzy, w tym, jak trzymał plecy prosto, zamiast się garbić, widać to było nawet po sposobie, z jakim ćmił papierosa. W jego oczach dalej gościła ta sama pustka, ale zwykle mętne spojrzenie niebieskich ślepi krystalizowało się z nienaturalną przenikliwością na twarzach rodziny. Wydawał się odległy, ale przecież bliższy starego Alexa – tego, którego część zgromadzonych tu gości znała przed laty – choć sam nie miał o tym pojęcia.
Położył dłoń na oparciu krzesła Lorien.
Lodowate ślepia pociemniały, kiedy prześlizgnął się pożądliwie wzrokiem po jej szyi: tym razem nie miał złych intencji, nie, przyciągnął go wyłącznie błysk łańcuszka, na którym wisiała znajoma zawieszka z symbolem wagi. Spojrzał prosto w naznaczone klątwą oczy kobiety, wyciągając dłoń, by ująć na chwilę wisiorek w palce. Rzucał jej wyzwanie.
W życiu to nie przyszłoby ci do głowy wybrać się w miejsce, gdzie narzuca się limit w ilości galeonów, o którą możesz podbić stawkę, bo zawsze za bardzo lubiłaś grać vabank, pieprzona hipokrytko.
Kącik ust Mulcibera drgnął zdradziecko.
– Zawsze byłaś taką grzeczną dziewczynką, Lorien – wypuścił z palców naszyjnik z miną wyrażającą zblazowaną obojętność, choć wiedział, że jeszcze tego wieczora zagrają w karty o błyskotkę, i napawało go to entuzjazmem – pozwól może młodym się wyszaleć.
Opadł na wolne krzesło obok, skinieniem głowy witając się z Robertem. Bez słowa przeniósł ciężkie spojrzenie na twarz rudej pannicy, przypominającej urokiem pensjonarkę obwieszoną biżuterią wydartą z matczynej szkatułki. Ach tak, córka Roberta, Sonya czy jakoś tak, zapewne owoc mezaliansu z jakąś Weasleyówną: mało kto zapewne podejrzewał kuzyna o tak egzotyczny apetyt, ale nie od dzisiaj wiadomym było, że im bardziej człowiekowi zależy na kontroli, tym gorsze impulsy jest zmuszony w sobie tłumić, a Robert – w ocenie Alexa – był człowiekiem, który tej kontroli potrzebował jak Atreus Bulstrode wpierdolu. To znaczy bardzo. Podsunął dziewczynie papierosa, nie patrząc jednak ani na nią, ani na Lorien: nie, on obserwował reakcję Roberta.
Sam zaciągnął się nieśpiesznie papierosem, rozwalając wygodnie na krześle ze zwyczajową manierą, zanim wypowiedział na głos cztery magiczne słowa.
– Jak było we Francji?
Alexander uśmiechnął się paskudnie.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat