26.07.2024, 10:11 ✶
Charlotte była samolubna i bywała okropnym człowiekiem. Umiała być lojalna, wręcz morderczo, ale tę lojalność miała dla zaledwie garstki ludzi. Nie obchodziło jej, że ktoś nie ma równych praw, jak długo pośród tych osób nie znajdowali się jej bliscy. Chętnie widziałaby w świecie czarodziejów większą tolerancję tylko dlatego, że sama miała dzieci o „nie dość czystej” krwi, i ponieważ w sercach dwóch jej przyjaciół od lat gościli mężczyźni. Gdyby nie to, pewnie sama nie miałaby żadnych oporów.
Ale mugole i ich marsze nie obchodziły jej już nawet odrobinę.
– Mugole szybciej się starzeją. Mają nieodpowiednie geny – skwitowała więc po prostu słowa Jessiego, ale w gruncie rzeczy miała rację, średnia życia czarodziejów była dużo wyższa, chociaż chodziło nie tylko o te „geny” (o których w sumie niewiele wiedziała, bo był to grunt nauk bardziej mugolskich niż czarodziejskich), a magię, eliksiry oraz specyfiki Potterów. Z tych ostatnich Charlotte korzystała chętnie i w dużych ilościach, nie mając żadnych oporów w swojej pogoni za zachowaniem gładkiej twarzy i szczupłej sylwetki mimo wieku. – Nie pisali o tym w Proroku. Nawet gdyby kogoś to interesowało, wątpię, by jakiś redaktor odważył się poruszać tego typu tematy.
W świecie czarodziejów homoseksualizm w końcu wciąż był swego rodzaju tabu. Właściwie to w świecie mugoli również, chociaż najwyraźniej powoli acz nieubłaganie nadciągał wiatr zmian.
– W Londynie jest znacznie więcej kierowców niż paradujących, i większość nie porzuci stanowiska pracy. Nie chcieliby jej stracić, a za nie przyjście do pracy z powodu jakiejś parady na pewno by ich wyrzucili. Może kiedyś w tym pochodzie będą szły tysiące ludzi, ale to nie stanie się dziś, jutro ani nawet za pięć lat – oświadczyła, bez prawdziwego zainteresowania w głosie, zmierzając na przystanek. W miarę jak oddalali się od pochodu, jak zostawały za nimi gwizdy oraz hałas, Londyn znów przybierał swoje zwykłe oblicze: Kolorowi Ludzie najwyraźniej wiedzieli, że bezpieczni są tylko w grupie. Gdy Charlotte spojrzała na jakąś parę, dostrzegła, że z plecaka jednej wystaje chyba transparent i zmierzają, by przyłączyć się do parady, ale tutaj… tutaj ona i jej chłopak „maskowali się”, nie chcąc pewnie nikogo sprowokować.
Kelly nawiedziła myśl, że świat się zmienia: i z jednej strony to było dobre, z drugiej napawało pewną ponurą myślą o nieuchronności upływającego czasu i o tym, że sama nie jest już taka młoda. Doprawdy, od „starości” dzieliło ją może jeszcze jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat!
– Chyba będę musiała wpaść dziś do sklepu kosmetycznego – mruknęła z zastanowieniem, gdy zatrzymali się na przystanku, chyba zapominając już o wszelkich paradach.
Ale mugole i ich marsze nie obchodziły jej już nawet odrobinę.
– Mugole szybciej się starzeją. Mają nieodpowiednie geny – skwitowała więc po prostu słowa Jessiego, ale w gruncie rzeczy miała rację, średnia życia czarodziejów była dużo wyższa, chociaż chodziło nie tylko o te „geny” (o których w sumie niewiele wiedziała, bo był to grunt nauk bardziej mugolskich niż czarodziejskich), a magię, eliksiry oraz specyfiki Potterów. Z tych ostatnich Charlotte korzystała chętnie i w dużych ilościach, nie mając żadnych oporów w swojej pogoni za zachowaniem gładkiej twarzy i szczupłej sylwetki mimo wieku. – Nie pisali o tym w Proroku. Nawet gdyby kogoś to interesowało, wątpię, by jakiś redaktor odważył się poruszać tego typu tematy.
W świecie czarodziejów homoseksualizm w końcu wciąż był swego rodzaju tabu. Właściwie to w świecie mugoli również, chociaż najwyraźniej powoli acz nieubłaganie nadciągał wiatr zmian.
– W Londynie jest znacznie więcej kierowców niż paradujących, i większość nie porzuci stanowiska pracy. Nie chcieliby jej stracić, a za nie przyjście do pracy z powodu jakiejś parady na pewno by ich wyrzucili. Może kiedyś w tym pochodzie będą szły tysiące ludzi, ale to nie stanie się dziś, jutro ani nawet za pięć lat – oświadczyła, bez prawdziwego zainteresowania w głosie, zmierzając na przystanek. W miarę jak oddalali się od pochodu, jak zostawały za nimi gwizdy oraz hałas, Londyn znów przybierał swoje zwykłe oblicze: Kolorowi Ludzie najwyraźniej wiedzieli, że bezpieczni są tylko w grupie. Gdy Charlotte spojrzała na jakąś parę, dostrzegła, że z plecaka jednej wystaje chyba transparent i zmierzają, by przyłączyć się do parady, ale tutaj… tutaj ona i jej chłopak „maskowali się”, nie chcąc pewnie nikogo sprowokować.
Kelly nawiedziła myśl, że świat się zmienia: i z jednej strony to było dobre, z drugiej napawało pewną ponurą myślą o nieuchronności upływającego czasu i o tym, że sama nie jest już taka młoda. Doprawdy, od „starości” dzieliło ją może jeszcze jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat!
– Chyba będę musiała wpaść dziś do sklepu kosmetycznego – mruknęła z zastanowieniem, gdy zatrzymali się na przystanku, chyba zapominając już o wszelkich paradach.