26.07.2024, 14:21 ✶
Wolał siedzieć i przyjmowała to ze spokojem i akceptacją. Mogli siedzieć, najważniejsze było się nie ruszać, jak wtedy gdy czerń wlewała się jej przez gardło, rozrywając płuca. Albo wtedy gdy Alastor zakwitł, jakby już był martwy i tylko zapraszał ją do powolnego wspólnego gnicia, na ucztę kruków i lisów znajdujących ich ciała przy drodze. Nie wolno było się ruszać, bo świat materialny nie stawał się jak ten, jak świat snu. Nie dało się go kształtować, nie dało się przekonać, że tej ściany tu nie było przed momentem. A byli na klifach i choć Millie spojrzała w czerń i słyszała jej wołanie, tak bardzo, bardzo nie chciała by cokolwiek stało się Bazyliszkowi.
Teraz mężczyzna tulił się do niej, jak marynarz do syreny, na moment przed tym gdy podwodna potwora rozwierała paszczę by jednym sprawnym kłapnięciem przetrącić kark i sycić się krwią doprawioną słonością wody przez kolejne dni. Tulił się do niej ufnie, i ufał jej bardziej w tej chwili, niż ona ufała sama sobie i to było dziwne. Zwykle to Mildred trzeba było łapać za łachy, wyciągać ją z gówna, ratować, trzymać włosy nad kiblem, składać po misjach, gdy nie wybierała nudnej drogi a tą najciekawszą. Albo gdy widmo za którym pobiegła nie było prawdziwe...
– Lata praktyki. Z resztą niedawno wypuścili mnie z wariatkowa, nie pamiętasz? – zaśmiała się, jej serce biło miarowo mając przy sobie wrażliwe ucho przerażonego mężczyzny. Był słaby, a słabością należało gardzić. Sen był dla słabych. Śmierć była dla słabych. Tylko służba i czujność, tylko parcie przed siebie, bez przerwy, bez wytchnienia, bez pochylenia się nad łzami, które płynęły alkoholową rzeką, bo tylko wódka pozwalała w końcu odpuścić i poczuć jak chujowo się człowiek czuł sam ze sobą.
Nie przestawała go głaskać, tak jak zawsze pomagało to jej, po śmierci matki, jak dotyk pozwalał znaleźć uziemienie, pozwalał zamknąć oczy i zapominać o demonach wychodzących spod łóżka.
– Dawno, dawno temu, na dalekim karaibskim morzu żyła sobie syrena. Zakochała się bardzo w księciu, którego uratowała, gdy ten wpadł do morza ze swojego statku podczas sztormu. Zakochała się, ale bardzo nie wiedziała co z tym zrobić, więc poszła do wiedźmy i poprosiła ją, żeby wyczarowała ogród, w którym ona i książę mogli by się spotkać. W którym ona i książę mogliby porozmawiać choć oboje byli od siebie bardzo bardzo różni. Książę był bogaty i.. oczywiście nie umiał oddychać pod wodą, a syrenka była... była tylko syrenką i nawet jeśli jej głowa wystawała nad wodą, to niemal od razu było widać, że ma ogon i nikt z ludzi nie byłby zainteresowany wiesz... nie poruchasz z kimś kto nie ma nóg, co nie? – Włosy się nie unosiły, a powietrze pachniało morzem i wodą, ale w ruchu, w wietrze, który ją lizał wieczorną bryzą. Drapała skalp przyjaciela oby Brenna potem nie chciała uciąć jej tej ręki i opowiadała dalej, zabierając czas i lęk, tak jak jej był zabierany, z biegiem lat coraz rzadziej. – No i ta wiedźma powiedziała: dobra spoko, ogarnę ten ogród, ale musisz mi coś dać w zamian. Syrenka nie miała zbyt wiele, więc oddała swój głos. Bo w sumie i tak nie była w stanie powiedzieć zbyt wiele przy księciu, a wierzyła, że pięknem ogrodu będzie w stanie go przekonać, żeby sam został syreną. Głupia była, co nie? – głos na moment zadrżał Millie, gdy tak patrzyła przed siebie na wijące się kształty, na barwne ławice, na mieniące się złociście zatopione skarby. Ale była tu z nim i tak się składało, że czasem opowiadali sobie o tym jak mają przejebane w życiu. To chyba był taki moment, nawet jeśli senna opowieść miała być tylko dodatkiem.
To minie
Przełknęła ślinę tuląc go do siebie mocniej.
– Kim byś był w takiej opowieści? Pewnie księciem co? Też nie chciałbyś się bzykać ze śmierdzącą rybą, nawet jak ma niezłe cycki? – spróbowała zażartować.
Teraz mężczyzna tulił się do niej, jak marynarz do syreny, na moment przed tym gdy podwodna potwora rozwierała paszczę by jednym sprawnym kłapnięciem przetrącić kark i sycić się krwią doprawioną słonością wody przez kolejne dni. Tulił się do niej ufnie, i ufał jej bardziej w tej chwili, niż ona ufała sama sobie i to było dziwne. Zwykle to Mildred trzeba było łapać za łachy, wyciągać ją z gówna, ratować, trzymać włosy nad kiblem, składać po misjach, gdy nie wybierała nudnej drogi a tą najciekawszą. Albo gdy widmo za którym pobiegła nie było prawdziwe...
– Lata praktyki. Z resztą niedawno wypuścili mnie z wariatkowa, nie pamiętasz? – zaśmiała się, jej serce biło miarowo mając przy sobie wrażliwe ucho przerażonego mężczyzny. Był słaby, a słabością należało gardzić. Sen był dla słabych. Śmierć była dla słabych. Tylko służba i czujność, tylko parcie przed siebie, bez przerwy, bez wytchnienia, bez pochylenia się nad łzami, które płynęły alkoholową rzeką, bo tylko wódka pozwalała w końcu odpuścić i poczuć jak chujowo się człowiek czuł sam ze sobą.
Nie przestawała go głaskać, tak jak zawsze pomagało to jej, po śmierci matki, jak dotyk pozwalał znaleźć uziemienie, pozwalał zamknąć oczy i zapominać o demonach wychodzących spod łóżka.
– Dawno, dawno temu, na dalekim karaibskim morzu żyła sobie syrena. Zakochała się bardzo w księciu, którego uratowała, gdy ten wpadł do morza ze swojego statku podczas sztormu. Zakochała się, ale bardzo nie wiedziała co z tym zrobić, więc poszła do wiedźmy i poprosiła ją, żeby wyczarowała ogród, w którym ona i książę mogli by się spotkać. W którym ona i książę mogliby porozmawiać choć oboje byli od siebie bardzo bardzo różni. Książę był bogaty i.. oczywiście nie umiał oddychać pod wodą, a syrenka była... była tylko syrenką i nawet jeśli jej głowa wystawała nad wodą, to niemal od razu było widać, że ma ogon i nikt z ludzi nie byłby zainteresowany wiesz... nie poruchasz z kimś kto nie ma nóg, co nie? – Włosy się nie unosiły, a powietrze pachniało morzem i wodą, ale w ruchu, w wietrze, który ją lizał wieczorną bryzą. Drapała skalp przyjaciela oby Brenna potem nie chciała uciąć jej tej ręki i opowiadała dalej, zabierając czas i lęk, tak jak jej był zabierany, z biegiem lat coraz rzadziej. – No i ta wiedźma powiedziała: dobra spoko, ogarnę ten ogród, ale musisz mi coś dać w zamian. Syrenka nie miała zbyt wiele, więc oddała swój głos. Bo w sumie i tak nie była w stanie powiedzieć zbyt wiele przy księciu, a wierzyła, że pięknem ogrodu będzie w stanie go przekonać, żeby sam został syreną. Głupia była, co nie? – głos na moment zadrżał Millie, gdy tak patrzyła przed siebie na wijące się kształty, na barwne ławice, na mieniące się złociście zatopione skarby. Ale była tu z nim i tak się składało, że czasem opowiadali sobie o tym jak mają przejebane w życiu. To chyba był taki moment, nawet jeśli senna opowieść miała być tylko dodatkiem.
To minie
Przełknęła ślinę tuląc go do siebie mocniej.
– Kim byś był w takiej opowieści? Pewnie księciem co? Też nie chciałbyś się bzykać ze śmierdzącą rybą, nawet jak ma niezłe cycki? – spróbowała zażartować.