26.07.2024, 16:12 ✶
Oderwała spojrzenie od szyby, gdy jej towarzysz się odezwał: aurorska odznaka błysnęła w jego ręku. Bardzo znajoma. Widywała taką wielokrotnie, na paradnym mundurze ojca, później u brata, u niego – u mężczyzny, z którym się tutaj znalazła – a wreszcie najmłodszy z braci pokazywał jej ją wciąż i wciąż, do znudzenia, w tych pierwszych dniach po awansie.
Odetchnęła, wypuszczając powietrze z płuc, głośno, z jakąś ulgą, bo widok tej odznaki i jej imię w jego ustach, jakby zdołały przywrócić jej spokój i poczucie tożsamości. Oczywiście, że była uzdrowicielką. Była Florence, panną Bulstrode z kliniki, to imię, to nazwisko, wyryto na tabliczce na drzwiach gabinetu, w którym dyżurowała na zmianę z innym klątwołamaczem.
– Tak, chyba jestem – przytaknęła, spoglądając najpierw na przedmiot w jego rękach, a potem na twarz, równie znajomą jak ta odznaka. – Mam braci. Też są aurorami – powiedziała, z jakąś nową miękkością, na samą myśl o rodzinie. I na kolejną – musiała jakoś do nich wrócić.
Odsunęła się od szyby i powoli ruszyła wzdłuż rzędu krzeseł, by przystanąć przy ostatnim. Leżał tam szalik, długi, niebieski, z naszytym na niego kruczym herbem i frędzlami. Florence sięgnęła po niego i przesunęła dłonią po miękkiej wełnie, myśląc, że musiał zostać kupiony w salonie Madame Malkin – chociaż nie mogła sobie przypomnieć, kim jest sama Madame Malkin.
– Ravenclaw – powiedziała za myśleniu, gdy jej palce natknęły się na literę R, wyhaftowaną po przeciwnym końcu szalika niż herb. – Zawsze myślałam, że to… fortunne, że niebieski jest kolorem Krukonów – stwierdziła, i to była taka bzdurka, coś tak nieważnego w obliczu sytuacji, w jakiej się znaleźli, a jednak pamiętała to doskonale: nie do twarzy jej było w żółciach (czy szaty uzdrowicieli nie były zielone żółte, co za szczyt braku gustu…?), nie lubiła żywiołowej czerwieni Gryffindoru.
Pamiętała pokój wspólny, tonący w błękitach.
Pamięta siedzących w nim uczniów: twarz swojego brata, pochylonego nad książką, kuzyna, robiącego poważną minę i jego, z jakąś dziewczyną w kącie pomieszczenia…
– Myślę, że twoje imię nie zaczyna się na R – oświadczyła, odwracając się do niego. – Jesteś Patrick. Znamy się z Hogwartu i… i chyba powinniśmy spróbować stąd wyjść – oznajmiła, spoglądając ku oknom. Nie miała zamiaru zostać w tym strasznym miejscu, czekać na ratunek. Chciała znaleźć sposób na to, by wrócić. Wyciągnęła do niego rękę, bo nie brała nawet pod uwagę, że mógłby nie iść dalej z nią.
Odetchnęła, wypuszczając powietrze z płuc, głośno, z jakąś ulgą, bo widok tej odznaki i jej imię w jego ustach, jakby zdołały przywrócić jej spokój i poczucie tożsamości. Oczywiście, że była uzdrowicielką. Była Florence, panną Bulstrode z kliniki, to imię, to nazwisko, wyryto na tabliczce na drzwiach gabinetu, w którym dyżurowała na zmianę z innym klątwołamaczem.
– Tak, chyba jestem – przytaknęła, spoglądając najpierw na przedmiot w jego rękach, a potem na twarz, równie znajomą jak ta odznaka. – Mam braci. Też są aurorami – powiedziała, z jakąś nową miękkością, na samą myśl o rodzinie. I na kolejną – musiała jakoś do nich wrócić.
Odsunęła się od szyby i powoli ruszyła wzdłuż rzędu krzeseł, by przystanąć przy ostatnim. Leżał tam szalik, długi, niebieski, z naszytym na niego kruczym herbem i frędzlami. Florence sięgnęła po niego i przesunęła dłonią po miękkiej wełnie, myśląc, że musiał zostać kupiony w salonie Madame Malkin – chociaż nie mogła sobie przypomnieć, kim jest sama Madame Malkin.
– Ravenclaw – powiedziała za myśleniu, gdy jej palce natknęły się na literę R, wyhaftowaną po przeciwnym końcu szalika niż herb. – Zawsze myślałam, że to… fortunne, że niebieski jest kolorem Krukonów – stwierdziła, i to była taka bzdurka, coś tak nieważnego w obliczu sytuacji, w jakiej się znaleźli, a jednak pamiętała to doskonale: nie do twarzy jej było w żółciach (czy szaty uzdrowicieli nie były zielone żółte, co za szczyt braku gustu…?), nie lubiła żywiołowej czerwieni Gryffindoru.
Pamiętała pokój wspólny, tonący w błękitach.
Pamięta siedzących w nim uczniów: twarz swojego brata, pochylonego nad książką, kuzyna, robiącego poważną minę i jego, z jakąś dziewczyną w kącie pomieszczenia…
– Myślę, że twoje imię nie zaczyna się na R – oświadczyła, odwracając się do niego. – Jesteś Patrick. Znamy się z Hogwartu i… i chyba powinniśmy spróbować stąd wyjść – oznajmiła, spoglądając ku oknom. Nie miała zamiaru zostać w tym strasznym miejscu, czekać na ratunek. Chciała znaleźć sposób na to, by wrócić. Wyciągnęła do niego rękę, bo nie brała nawet pod uwagę, że mógłby nie iść dalej z nią.